RSS
 

Burzowe rytuały obronne

02 sie

 

 

Duszne, letnie popołudnie wyciskało ze mnie resztki witalności. Z ulgą zanurzyłam się w chłodne, klimatyzowane wnętrze eleganckiej drogerii. Do moich uszu doleciał gniewny pomruk zbliżającej się chmury burzowej. W środku sklepu kilka kobiet oglądało kosmetyki. Wyciągnęłam listę zakupów, którą skrupulatnie przygotowałam wcześniej w domu. Szukając niewielkiej półki z odżywkami do włosów niespiesznie omiatałam wzrokiem asortyment drogerii. Grupka kobiet okupowała półki z produktami w promocji. Obniżki były niewielkie i nie spełniały moich kryteriów tzw. okazji zakupowej. W moim przeświadczeniu o przecenie można mówić dopiero, gdy wartość produktu obniżona zostaje o minimum 40%. Wszystko poniżej tej wartości na miano wyprzedaży nie zasługuje.

Gdy dotarłam do regału z kosmetykami do włosów, burzowe chmury zasłoniły resztki słonecznego światła wpadającego przez szybę wystawową. Świetlówki zamigotały nad moją głową. Rozgrywające się na zewnątrz widowisko natury jak magnes przyciągnęło mnie do szyby.

Burze fascynują mnie od wczesnego dzieciństwa. Pierwsze, które pamiętam, wiążą się ze strachem w oczach mamy, która – w ramach tradycyjnego, staromodnego zabezpieczenia przeciwpożarowego – kazała nam, dzieciom, przyklejać do szyb obrazki z katolickimi świętymi.

- Jak byłam dzieckiem, po burzy wybiegaliśmy z domu i zawsze gdzieś płonął jakiś budynek. Wierzyliśmy, że przed takim nieszczęściem może pomóc tylko „najwyższa instancja”.

- Pomagała?

- Jednemu tak, innemu nie.

Czułam, że mama nie tyle wierzy w ochronną moc obrazków, co uspokaja się dzięki czynności znanej i kultywowanej od dzieciństwa. Zawsze, gdy już powklejaliśmy wszystkie obrazki w szyby naszych koślawych, starych okien, padało matczyne:

- Wszystkie okna zabezpieczone?

Mimo gorliwych, dziecięcych zapewnień, mama zaczynała wyliczankę:

- Okno babci pokoiku?

- Tak.

- Okno dużego pokoju?

- Tak.

W trakcie sprawdzania tej specyficznej „pracy”, mama zapalała starą lampę naftową i/lub parę świec w sercu naszego starego domu – kuchni. To tam spędzaliśmy wszystkie burzowe godziny. Czasami, gdy byliśmy mali, mama czytała nam głośno. Najmłodsi byli straszeni przez starszych za pomocą chybotliwych cieni na ścianach. Zawsze wiedziałam, że z całej rodziny burzy najbardziej boi się właśnie mama. Pamiętam letnie burze, w czasie, gdy byłam już nieco starsza. Robiłam wszystko, żeby choć przez chwilę postać w ulewnym, ciepłym deszczu. Jako nastolatka, potem młoda dziewczyna, urządzałam sobie spacery wśród pól w strugach burzowej nawałnicy. Fascynacja tym spektakularnym widowiskiem natury zawsze zwyciężała obawy, które wpajała mi od kołyski moja, niezmiennie niemal śmiertelnie przerażona wyładowaniami elektrycznymi, mama.

W ewentualny „gniew boży” zsyłany – w postaci bezwzględnych błyskawic – na grzeszników, ludzie przestali już wierzyć (przynajmniej w naszej szerokości geograficznej). Dzisiaj już nikomu nie przyszłoby do głowy „anty-pożarowe” wklejanie obrazków katolickich świętych w szyby domowych okien. Dysponujemy paroma niemal doskonałymi technicznymi zabezpieczeniami, które skutecznie chronią nasze rodzinne gniazda przed tego typu zagrożeniami. Pozostał jednak pierwotny lęk przed siłą wzburzonej, nieprzewidywalnej natury.

Stojąc przy oknie drogerii, po jednym z wyjątkowo głośnych pomruków burzy, usłyszałam głośne:

- O maaaaaatko!

Parę kroków ode mnie stała starsza kobieta. Jej twarz wykrzywiał strach, nad którym najwyraźniej trudno było jej zapanować nawet we wnętrzu nowoczesnego sklepu. W szybę zaczęły uderzać pierwsze, ciężkie krople deszczu. Pomyślałam o jego cieple, który tak dobrze znałam i bezwiednie głośno roześmiałam się z niemal dziecięcej, prostej radości.

- Nie boi się pani?

Kobieta obok spojrzała na mnie, jak na kosmitkę.

- Trochę, jednak bardziej to kocham, niż się boję.

- Wie pani, ja to w domu, jak jestem akurat sama w burzę, to nadal wchodzę pod łóżko. To takie głupie, ale co ja poradzę, że się tak boję?

Kobieta przez chwilę śmiała się. Kolejny grzmot przerwał naszą rozmowę. W tym momencie zadzwonił telefon nieznajomej.

- Synku, okno balkonowe zamknąłeś? Pies w domu? Tak? A dzieci? Tak, tak, zaraz wrócę. Tu zaczyna padać, a u nas?

Deszcz z coraz większą zaciekłością atakował szybę.

- To czekajcie na mnie, zaraz wsiadam do samochodu, pa!

Kolejny grzmot tak wytrącił nieznajomą z równowagi, że jej telefon znalazł się na podłodze. Z pobladłą twarzą podniosła aparat i odeszła od okna w głąb sklepu. Już po chwili zaczęła czytać etykietkę jakiegoś kremu. Burza przybrała na sile. Przy drzwiach stanęło kilka kobiet, które postanowiły przeczekać ulewę w drogerii. Dziesięć minut później przez szybę do sklepu zajrzało słońce. Wracając do półki z kosmetykami do włosów, zobaczyłam nieznajomą. Wciąż gorliwie oddana była lekturze opakowań kremów do twarzy. Na mój widok odłożyła oglądane właśnie pudełeczko na półkę.

- Widzi pani, to taki mój uspokajacz – to czytanie opakowań. Pomogło.

Przesłałam jej uśmiech i zapewnienie, że burza na pewno już „przeszła”.

- A miałam być już dawno w domu. Mówiłam pani, boję się tak, że mało co pomaga. Przydałoby się tu jakieś łóżko, ale i tak dobrze, że były te kosmetyki w zasięgu.

Obie zaczęłyśmy się głośno śmiać.

 

 

Trudno w lato nie przeżyć jakieś burzy. Jeszcze trudniej wyzbyć się wrodzonego lęku przed siłami natury. Nie należy jednak wpadać w panikę, w końcu – w naszej szerokości geograficznej – z całkiem dużym prawdopodobieństwem możemy gdzieś w pobliżu znaleźć jakiś przydatny obrazek, w którego czarodziejską moc wierzymy i którego możemy użyć, jako tarczy anty-piorunowej ;-)  A gdyby to nie pomogło zawsze można wejść pod łóżko. Wszystko zależy od tego, w co wierzymy i jak jesteśmy zdesperowani. Osobiście polecam spacer w ciepłym, burzowym deszczu. Podobno nic tak nie zwalcza lęków, jak stanie twarzą w twarz z ich źródłem. Podkreślam – podobno. Niczego nie mogę zagwarantować. Znam i takich ludzi, którzy wierzą w to, że jak ktoś ma pecha, to może go razić i piorun z bezchmurnego nieba. A wtedy wcale, ale to wcale nikomu nie jest do śmiechu. Bo chociaż w filmach pokazują ludzi, którzy poprzez „obcowanie” z wyładowaniem elektrycznym zostają – z sekundy na sekundę – geniuszami łamane na telepatami bądź telepatkami, to w życiu wszystko może „wypaść” znacznie bardziej prozaicznie. Powiedzieć można nawet – śmiertelnie prozaicznie.

 

 

 

 
Komentarze (29)

Napisane w kategorii Proza zwykłych dni.

 

Karabin – nędzny substytut męskości

21 cze

 

 

 

Późne popołudnie. Z ulgą weszłam do chłodnego wnętrza warsztatu samochodowego.

- Proszę chwilę poczekać. Zaraz zjedzie, to będzie pani kolej.

Usiadłam na niewygodnym, metalowym krześle. Jedyny pracujący w tej hali mechanik ze skupieniem dokręcał coś w stojącym na podnośniku aucie. Przyjemny chłód panujący w pomieszczeniu, a także niemal narkotyczny zapach smarów i spalin, spowodował, że już po chwili popadłam w lekkie otępienie. Przymknęłam oczy odrobinę za długo, gdyż na dźwięk kroków tuż obok mnie, podskoczyłam z zaskoczenia.

Do hali wszedł jakiś mężczyzna. Podszedł do mechanika i wymienił z nim na powitanie zwyczajowe uprzejmości. Znużona ponownie przymknęłam oczy. Czas to pojęcie względne. W takich męskich miejscach, do jakich należą warsztaty samochodowe, kwadrans – w moim odczuciu – zdaje się trwać dobrych parę godzin. Wyjmuję z torby „niezbędnik życiowy” – książkę. Już po chwili spaceruję po zaułkach Meksyku.

- Ja bym ich wszystkich posłał do piachu! A ty nie?

Echo wykrzyczanego z emocjami zdania odbiło się od ścian i wyrwało mnie z równoległej, fikcyjnej rzeczywistości. Drugi mężczyzna milczał.

- No co, nie chcesz postrzelać do nich, jak do kaczek? Bo ja jakbym miał tylko karabin, to od razu pojechałbym np. do takiej Francji i zrobił z nimi porządek!

Słowa, dotąd cichego i skupionego na swojej pracy mechanika, sprawiły, że porzuciłam duszne, zatłoczone uliczki Meksyku skupiając całą swoją uwagę na rzeczywistości chłodnej hali.

- Ludzi chciałbyś zabijać?

Pytanie przybysza zaskoczyło mechanika.

- Ludzi? To dzikusy, nie ludzie. Jak tylko będę mógł, to od razu się zgłoszę pod broń! Jak prawdziwy facet!

- To ludzie, jak ty, czy ja. Mają żony i dzieci, jak my. Uciekają przed wojną albo przed biedą.

- Ta, akurat! A te telefony?

Przez chwilę na twarzy gościa zagościła konsternacja.

- Telefony? Co z nimi?

- Uciekają tacy niby przed wojną, biedacy, a telefony to co?

- Jezu! Wyobraź sobie, że masz wojnę i musisz jak spier….ć z Polski,  chociaż z najbliższą rodziną – żoną i dziećmi. Nie możesz nic ze sobą zabrać, ale i tak jesteś wdzięczny, że możesz wywieźć rodzinę z piekła. Wiadomo, że weźmiesz telefon – masz kontakt z całym światem. Taki drobiazg, który  zmieści się w kieszeni, a może uratować życie twojemu dziecku, czy żonie. Powtarzasz po innych brednie bez zastanowienia. Pomyśl o swoim rocznym małym, żonie, nie o wojnie. Jak przyjdzie, to będziesz musiał się bić i pewnie zginąć, ale na razie ciesz się pokojem, rodziną, tymi samochodami, o których już w podstawówce gadałeś, jak nakręcony. Nie powtarzaj bredni za innymi. Myśl!

Mechanik machnął ręką i wrócił do swojej pracy. Jednak po chwili odwrócił się do przybysza i dodał:

- Ale co te dzikusy wyprawiają w tych obozach! Widziałeś w Internecie filmiki?

Gość na chwilę zamilkł. Zauważył moje zainteresowanie toczącą się dyskusją.

- Cicho! Nie jesteśmy tutaj sami. Jeszcze raz – wyobraź sobie, że uciekłeś z Polski i jesteś w obozie. Nie masz bieżącej wody, świeżego jedzenia dla dzieci, lekarstw, łóżka. Cały dorobek życia zostawiłeś w kraju, na zniszczenie. Nie jesteś sam – jest was kilkuset. Masa sfrustrowanych Polaków, niepewnych jutra, chwilowo bezradnych i zależnych od dobrej woli, niechętnych i przestraszonych waszą liczbą i potrzebami, obcych. Co, myślisz, że bylibyśmy milusi?! Bo co? Bo jesteśmy dumnymi Polakami? Gówno prawda! A – i nie myl terrorystów z tymi, co uciekają przed śmiercią. To tak jakbyś mylił narodowca z patriotą, czy katolika z chrześcijaninem. I jeszcze jedno – tamci robią zamieszki z bezradności i strachu, a nasi np. kibole dla frajdy, z nudów, żeby „coś się działo”.

Rozmowę dwóch mężczyzn przerwał szef mechanika. Gdy nadeszła kolej na moje auto, podziękowałam.

- Tyle pani czekała i teraz nie chce? Dlaczego?

- Dlaczego?

Mechanik i jego szef zastygli w oczekiwaniu na moją odpowiedź.

- Nie oddam swojego auta w ręce człowieka bez wyobraźni. Mówię o panu.

Skinieniem głowy wskazałam na mechanika.

 

 

Świat nigdy nie był bezpiecznym miejscem. Wojny przychodziły i odchodziły, jak chorujący z powodu wybujałych ambicji politycznych dyktatorzy. Dzisiejsza rzeczywistość ponownie straszy nas wizjami wojen. Modnym jest teraz przechwalanie się na internetowych forach gotowością do bicia się z „ruskimi”, czy też „muslinami”. Każdy z tych samozwańczych „bohaterów” przypisuje sobie rolę triumfatora, który zwalczy to, co obce i przez to niedobre dla ojczyzny. Żaden z nich zdaje się nie brać pod uwagę tego, że – w przypadku rzeczywistej zawieruchy wojennej – ich misja będzie zgoła inna. Statystyczny Kowalski zostanie z góry obsadzony w roli trupa. To bardzo prozaiczna kreacja, więc nikomu nie kwapi się do tego, by o niej mówić. Podjudzający do wojen politycy nie stracą na nich własnych nóg, ani życia. Ich rodzinom nie spadnie nawet przysłowiowy włos z głowy. To nie ich dzieci będą przymierały z głodu. Nie ich żony płakały w samotności. Na wojnie tracą „zwykli ludzie”. Zyskują – politycy.

 

 Kto najbardziej cierpi z powodu wojennych ciągot mężczyzn? Kobiety. To one zostają z dziećmi i to one muszą przejąć wszystkie obowiązki rodzinne, społeczne. Gdy mają „szczęście” ich druga połówka ginie w glorii na polu bitwy. Bywa jednak i tak, że na kobiece barki spada kolejny ciężar – depresja męża, który naoglądał się bezsensownego wojennego okrucieństwa i zamiast w chwale, powrócił do domu bez paru, dosyć niezbędnych, części ciała. Przeglądając internetowe fora ciągle spotykam się z wojennym zapałem pewnej określonej męskiej części społeczeństwa. Zastanawiam się, co myślą o tym ich kobiety? Matki, kochanki, siostry. Te, które musiałyby wziąć na swoje barki ciężar całego świata, gdyby ziściło się niemądre pragnienie tych mężczyzn – chłopców. Co myślą żony, gdy mężowie krzyczą o prawie do posiadania i używania broni palnej? Jak reagują na to ich matki? Siostry? Dumą? Spokojem? Naprawdę jestem ciekawa głosu tych, które skazane są na żałobny kir tymi wojennymi marzeniami swoich mężczyzn – chłopców.

Kobiety potrafią znieść naprawdę wiele. Jednak niezmiennie dziwi mnie to, jak wiele z nich ze stoickim spokojem znosi głupotę swoich mężczyzn. Tych niedojrzałych, zakompleksionych „wiecznych chłopców”, którzy z rzekomego braku możliwości ( a także pomysłu) na udowodnienie swojej męskości, chcą dowodzić jej na polu bitwy. A przecież są na to inne sposoby. Bardziej prozaiczne i zdecydowanie humanitarne. Mniej spektakularne, za to szalenie przekonujące, wiarygodne. Nikt nie musi z was, mężczyzn – chłopców, oddawać życia, żebyście poczuli, że macie „jaja”. Przykład? Zróbcie herbatę zmęczonej żonie. Pomasujcie spuchnięte stopy babci, która resztki swojego życiowego wigoru oddała pomagając w wychowaniu waszych pociech. Wyjdźcie na spacer z dzieckiem. Pomóżcie zniedołężniałemu sąsiadowi skosić trawnik. Zareagujcie, gdy ktoś obok was jest krzywdzony. Proste? Nie potrzebujecie do tego broni. Wystarczą Wam tylko „jaja”.

 
Komentarze (150)

Napisane w kategorii Proza zwykłych dni.

 

Był mi przeznaczony

11 maj

 

 

Nareszcie przyszła wiosna. Wieczorami żaby dają koncerty, których nie powstydziłaby się żadna filharmonia. Ptasie trele witają każdy nowy dzień. O zachodzie słońca dzieją się istne cuda. Zapachy przyprawiają o zawroty głowy, zaś ptasie chóry w idealnej symbiozie współgrają z tymi żabimi. Jest pięknie. Uroda wiosny niesie za sobą wiele tzw. „skutków ubocznych”. Do jednych z nich, najczęściej spotykanych, należy stan zakochania. Wszystko wokół nas rośnie, kwitnie, tętni nieujarzmionym pulsem istnienia, nic więc dziwnego, że i organizmy ludzkie również chcą wziąć udział w tych cyklicznych narodzinach życia. To wiosna właśnie wielu bardzo młodym ludziom przynosi tę PIERWSZĄ MIŁOŚĆ. Burza hormonów plus romantyczne zauroczenie – to jest prawdziwie wybuchowa mieszanka. Bywa, że emocje często sięgają zenitu…

 

- Ja się zabiję! Mówię ci – zabiję się!

- Daj spokój…

- Zabiję się i już!

Wieszczący swoje rychłe samounicestwienie dziewczęcy głos rozdarł ciszę majowej nocy.

- Zabiję się!

- Daj spokój, będzie dobrze, nie panikuj.

Pocieszycielka przyszłej samobójczyni zaśmiała się.

- Wiesz, ile razy już się przez niego zabijałaś?

- I co z tego? Teraz też się zabiję! Wtedy zobaczy, jak go kochałam i będzie mu w końcu głupio. I żal!

- Ty słyszysz samą siebie?

Zdeklarowana samobójczyni najwyraźniej usłyszała samą siebie, w wyniku czego powietrze wypełnił jej głośny, przyprawiony nutą histerii, chichot. Pocieszycielka okrasiła go swoim – delikatnym, brzęczącym, jak pęk małych, cynowych dzwoneczków – śmiechem.

- Nie śmiej się. JA TU CIERPIĘ!

Na krótką chwilę powróciła aksamitna, wiosenna cisza.

- Ile razy on do mnie wracał? Pięć? Sześć? Sama nie pamiętam, tyle tego było. Zawsze był tylko on. Od pierwszej klasy liceum. I zawsze to on odchodził. Wiesz, co teraz powiedział? Że matura powinna być dla nas najważniejsza. Że jego mama miała rację, i że on powinien od początku skupić się na nauce.

Zabrzmiał płacz, rozpaczliwe szlochanie, które dodatkowo wzbogaciła, nieprzystająca do dramatyzmu romantycznych dylematów, prozaiczna czkawka.

- Nie przejmuj się nim. W październiku poznasz kogoś nowego i zapomnisz. Wybrał naukę, a przecież nie musiał niczego wybierać. Nie jesteś bluszczem, mógł kuć pod okiem mamy, a potem spotykać się z tobą. Odpuść sobie, ja z Markiem…

- Ty z Markiem to inna historia! On zawsze jest z Tobą, kocha cię. A ja? Mniej kochana niż matematyka…

Bardzo głośny, emocjonalny dialog ucichł na parę minut. Od czasu do czasu do moich uszu docierało rozpaczliwe szlochanie. Siedziałam na kępie trawy, z głową psa na kolanach. Dziewczyny nie zwracały uwagi na moje bliskie sąsiedztwo. Najwyraźniej ich uczucia musiały, akurat w tamtym momencie, znaleźć zwerbalizowane ujście. Kto nigdy nie dał ponieść się emocjom w miejscu publicznym, ten niech pierwszy rzuci kamieniem, prawda? Serce nie sługa i „czasami człowiek musi, inaczej się udusi”.

- Odprowadzisz mnie?

- Jasne.

- Myślisz, ze do mnie napisze?

- Oby nie.

- No wiesz co???

Niedoszła samobójczyni wykrzyczała swoje oburzenie.

- Wiem co. Dlatego lepiej żeby ten kujon mamisynek już do ciebie nie napisał. Bo jak jeszcze raz usłyszę od Ciebie, że się przez niego zabijesz, to sama skoczę  z najbliższego mostu.

 

Odgłosy pokojowej sprzeczki dwóch dziewczyn powoli cichły. Mój pies, który dotąd co chwilę rzucał zaniepokojone spojrzenia w stronę dyskutujących głośno młodych kobiet, w końcu zamknął oczy, po czym natychmiastowo porządnie zachrapał. Cisza majowej nocy otuliła nas, jak jedwabny szal. Ach, ta wiosna, ten maj…

 

Parę dni po tym, jak zostałam zmuszona do biernego wysłuchania rozmowy dwóch, stojących na progu dorosłości, nieznajomych dziewczyn, poznałam kobietę, która na swoich szczupłych barkach dźwigała już dziewięćdziesiąt pięć wiosen. Przez wiele godzin opowiadała mi o swojej młodości. Gdy miała lat osiemnaście, wybuchła druga wojna światowa. Okres, który miał być przeznaczony na jej pierwsze lata życia małżeńskiego, wypełniły koszmary śnione na jawie. Wiele lat po zakończeniu drugiej wojny światowej i dla niej nastał w końcu czas miłości. Nieszczęścia, jakich była świadkiem starsza pani, mogły pozbawić ją rzeczy najważniejszych dla człowieka – rozumianej szeroko wiary, nadziei. Nie stało się tak, na szczęście. Gdy inna młoda kobieta zapytała mnie, czy w kwestii związku wierzę w przeznaczenie, a także o to, czy można oprzeć swoje całe życie, przyszłość na jednym, jedynym człowieku, bez zastanowienia i z głębokim przekonaniem odpowiedziałam krótko:

- Oczywiście, że tak.

Starsza pani, z widocznym wzruszeniem, poparła mnie, dodając:

- Mój mąż nie żyje już 42 lata. Nigdy nawet nie pomyślałam o innym. Liczył się tylko on. Był mi przeznaczony.

 

Jest maj. Miesiąc uznany za czas zakochanych. Miłość do dar. Cud, który ciągle się zdarza. Miłość nie przynosi cierpienia. Nie. Cierpienie to wynik naszych, ludzkich, zaniedbań. Miłość jest piękna. Przynosi nam uniesienia, daje spokój. Miłość to siła największa, jaką znam. Uwodzi młodych i starych. To nie ona łamie serca, to także wynik ludzkich zaniedbań. Tylko dla miłości warto żyć i tylko dzięki niej ludzkość potrafi przetrwać najgorsze piekło. Miłość jest nam przeznaczona. 

 

 

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Proza zwykłych dni.

 

Obrońcy życia kontra kobiece ciało

08 kwi

 

 

 

 

 

 

- Usunęła. Powiedziała to, jednocześnie popijając szarlotkę kawą. Jakby mówiła o jakimś pryszczu, czy innym chwaście.

W oczach Kasi błysnęły łzy. Od siedmiu lat pragnęła zostać mamą. W międzyczasie czterokrotnie poroniła. Pierwszy raz już pod koniec czwartego miesiąca, pozostałe ciąże nie przetrwały ósmego tygodnia. Tak bardzo pragnęła macierzyństwa, że nie zauważyła, iż jej małżeństwo powoli się rozpada. W łazience zawsze miała testy ciążowe i owulacyjne. Była gotowa na jajeczkowanie. Była gotowa na zapłodnienie. Współżycie małżeńskie toczyło się zgodnie z zaleceniami lekarza, który zdążył już zarobić małą fortunę na częstych, prywatnych wizytach tęskniącej za macierzyństwem Kasi. Nie zauważyła, kiedy mąż zaczął unikać ich wspólnej sypialni. Znikać w biurze na długie, wieczorne godziny. Potem, gdy awansował, zaczął wyjeżdżać służbowo. Często. Nie zauważyła nawet tego, że z jednego takiego wyjazdu wrócił opalony, jakby był na wakacjach, a nie w pracy. Niczego nie widziała, oprócz swojego jajeczkowania. I testów ciążowych, które nie przynosiły upragnionej nowiny. Czwarte poronienie było wyjątkowo bolesne, bardzo długo wtedy chorowała, jednak sama przed sobą udawała, że to tylko większy okres.

- Za piątym razem na pewno się uda. Czytałam o takiej kobiecie, która urodziła bliźniaki, a przeszła to samo, co ja.

Rodzina patrzyła na nią w milczeniu, gdy głośno artykułowała swoje nadzieje. Tylko raz matka zasugerowała adopcję. Wtedy Kasia zaczęła krzyczeć na nią, że skoro ona, własna matka, nie wierzy, to przez nią może się rzeczywiście nie udać. Nikt więcej nie poruszył tego tematu.

To po czwartym poronieniu mąż kazał jej przestać żyć według cykli płodności. Powiedział, że on już dłużej tego nie wytrzyma. Że może żyć z nią, jednak na pewno nie z tymi testami i sypialnią, która bardziej przypomina mu pracę, niż własny dom.

- Usunęła, rozumiesz? Wiesz, ile ja bym dała za te dwie kreski na teście???

 

Obecnie Kasia na nowo układa sobie życie. Krok po kroku, przy pomocy dobrego specjalisty i leków. Niedawno zjadła z byłym mężem kolację na mieście. On wciąż mieszka sam, tak jak i ona. Nie wiadomo, jak to z nimi będzie. Kasia nie robi sobie złudnych nadziei, mówi, że na takie rzeczy zmarnowała siedem lat swojego życia. Zmądrzała. Zniknęła chwiejna emocjonalnie młoda kobieta. W jej miejscu wyrosła czterdziestolatka, która prawie całkowicie pogodziła się ze swoim życiem. Dzięki temu ma szansę. Na co? Na szczęście.

 

Czytelnicy ”natrętnych – myśli” znają moje poglądy dotyczące aborcji. Zapytałam o nie Kasię, kobietę, która tak długo walczyła o macierzyństwo. Milczała tylko przez chwilę.

- Pamiętasz, jak opowiadałam Ci o kuzynce? Tej, która usunęła ciążę?

Pamiętałam.

- Żal potrafi tak zmącić myśli…

Zamilkła.

- Wtedy byłam wściekła. Najpierw myślałam, że na kuzynkę, potem dotarło do mnie, że nie. Byłam wściekła na mój los, na zawodne ciało, świat. Na kuzynkę nie. Nawet wtedy nie przeszło mi przez głowę, żeby uzurpować sobie prawo do rozporządzania jej ciałem.

Kasia ucichła. Po chwili dodała:

- Tyle bym dała za moje maleństwo, własne, z mojego brzucha.

Potrzebowała długich minut by na nowo podjąć temat. Wspomniałam jej o koleżance ze studiów, która – podobnie, jak ona – bardzo długo walczyła o ciążę. Dzisiaj jest szczęśliwą matką – adopcyjną. Walka z własnym, niesłuchającym pragnień ciałem sprawiła, że kobieta zamknęła się emocjonalnie na krzywdy innych. Jakiś tydzień temu, gdy temat aborcji ponownie rozszalał się na portalach społecznościowych, zobaczyłam jej komentarz. Dotyczył wypowiedzi jednej z tych, które nie ukrywały, że w przeszłości usunęły ciążę. Brzmiał krótko: „Twoje miejsce jest w piekle”.

Gdy skończyłam mówić, Kasia prychnęła z irytacją.

- W piekle? Wiesz, że jestem wierząca, prawda? Gdy poroniłam po raz pierwszy bardzo chciałam pochować maleństwo. Niestety, nasz proboszcz powiedział, że nie ma czego chować. Że to niedorzeczne. Słyszysz? Niedorzeczne! Dla mnie to było moje dziecko, Zosia, Zosieńka, któremu wymarzyłam już piękną przyszłość, dla niego – niedorzeczność, rozumiesz?

Zamilkła na chwilę.

- Nie mieliśmy sił walczyć, poszukać kogoś innego. Ani ja, ani on. Mam grób w sercu ale nie mam gdzie zapalić lampki. Bo pogrzeb był niedorzecznością dla proboszcza. W innym kościele wykupiliśmy msze za spokój duszy Zosi. Nikt nam wtedy nie zrobił problemu, tylko ksiądz nie wymienił imienia córki. Bo nikt nie chciał jej oficjalnie ochrzcić wtedy, w szpitalu! 

 

 

Każdy człowiek ma swoje plany, marzenia. Wizje przyszłości. Im jesteśmy starsi, tym większą posiadamy świadomość, że nie wszystko możemy zaplanować, nie wszystko przewidzieć. Ciąża potrafi być wielkim błogosławieństwem, jak i ogromnym, ludzkim dramatem. Tak zwany „kompromis aborcyjny” dopuszcza możliwość  usunięcia płodu tylko w trzech, drastycznych przypadkach. Co się stanie, gdy politycy ulegną woli Kościoła Katolickiego? Nie będzie już męczennic, które można wynosić na ołtarze, gdyż ”poświęciły” swoje życie na rzecz życia poczętego. Męczeństwo słabych fizycznie kobiet, których życie i zdrowie będzie bezpośrednio zagrożone ciążą, stanie się normą, odgórnym nakazem. Stanie się wręcz banalne. Chora ciężarna zostanie sprowadzona do roli inkubatora, który ma wykarmić płód kosztem swojego życia. Życia nie mającego znaczenia w kontrze z tym „poczętym”. Co zaś z ewentualnymi dziećmi, które już przyszły na świat i które potrzebują matki – całej i zdrowej? To nieważne, przecież będą mieli nową siostrzyczkę/braciszka, a to winno pomóc im poradzić sobie bez tej jedynej w swoim rodzaju, bezcennej matczynej miłości i opieki.

Gdy politycy ulegną woli przywódców Kościoła Katolickiego, „niebo” zapełnią całe zastępy małych, słodkich aniołków. Podobno nie ma bardziej prostej drogi do Raju, niż cierpienie tu, na ziemi. Proszę brać przykład z głoszących takie przekonanie – popatrzcie, jak oni pięknie cierpią! Wracając do tematu – zastanawialiście się kiedykolwiek, choćby przelotnie, jak bardzo bolesnym potrafi być życie z niemiłosiernie zdeformowanym ciałem? Tak? Nie? Dowiedzą się zaś o tym rzesze śmiertelnie chorych, jednak (Alleluja! I chwalmy Pana!)) narodzonych niemowląt, które ominie współczesny humanitaryzm i zdobycze nowoczesnej medycyny. Te, które – a to pech – nie unikną niestety opłakanych skutków ludzkiej głupoty tak bujnie wyrastającej na zaślepieniu ideologicznym.

Potulnie idąc drogą wytyczoną przez swoich kapłanów politycy mogą także sprawić to, że przestępczość seksualna wobec kobiet stanie się mniej straszna. Dlaczego? To proste – odtąd każdy mężczyzna, który zapłodni kobietę będzie przede wszystkim Dawcą Życia. Zapomnijmy o takich banalnie stereotypowych określeniach, jak gwałciciel, czy kazirodztwo. Kierując się bardzo pokrętną logiką (jak pomysłodawcy projektu) w pewien sposób dojdzie do zmniejszenia przestępczości . Kto by się z tego nie cieszył? No, może tylko niektórym mężom nie przypadnie do gustu ten automatyczny znak równości między nimi, a gwałcicielami. W kwestii dbania o poczęte życie zarówno mąż, jak i gwałciciel będą uznawani za kolegów „po fachu” w kwestii obdarowywania życiem.

 

Aborcja jest trudnym tematem. Rodzi trudne pytania ze znikomą szansą na jednoznaczne, proste odpowiedzi. Kwestią sporną od zawsze jest moment uznania w płodzie człowieka. Uznania. Dzięki medycynie dokładnie znamy kolejne etapy rozwoju ciąży. Odnoszę wrażenie, że prawdziwą kwestią sporną jest debata o tym, czy płód posiada dusze. Ba, czy my, narodzeni, ją posiadamy? Gdybyśmy potrafili udowodnić, że istnieje coś takiego, jak dusza (albo nie istnieje), dyskusje na temat aborcji wyglądałyby zupełnie inaczej. Skoro kwestie magiczne nie są możliwymi do ogarnięcia przez kogokolwiek oprócz dzieci i nielicznych dorosłych (w tym niektórych cierpiących na zaburzenia umysłowe), odpuśćmy je sobie w merytorycznej dyskusji. Skupmy się na tym, co rzeczywiste. Realne jest życie kobiety i jej prawo do rozporządzania własną cielesnością. Realne jest cierpienie śmiertelnie chorego, upośledzonego fizycznie noworodka, które rodzi się tylko po to, by skonać w męczarniach po kilku godzinach. Realne są dramaty, które na ogół bywają bezpośrednią przyczyną dokonania aborcji. Tylko człowiek powierzchowny może uznać, że myśląca i czująca kobieta traktuje zabieg przerywania ciąży, jak zachciankę, kaprys. Niestety, wyrywkowa lektura niektórych forów internetowych pokazuje, że niemało i takich ludzi. Żal mi ich. Empatia to dar – jej brak, to kalectwo.

 

 

P.S. 1. Wielokrotnie czytałam wypowiedzi osób, które radzą zrozpaczonym kobietom, aby te nie usuwały ciąży z gwałtu, tylko urodziły i oddały niemowlę do adopcji. Drodzy Anonimowi Doradcy – proszę wziąć dłuuugi rozbieg i kierować się z zamkniętymi oczami ku najbliższej ścianie. Gorzej z wami już nie będzie…

 

 
Komentarze (32)

Napisane w kategorii Proza zwykłych dni.

 

Zakochana aż po … milion

24 mar

 

 

 Gdy dowiedziałam się o tej historii, nie uwierzyłam w nią. Na początku pomyślałam, że to żart. Absurd. Naprawdę nie uwierzyłam. Minęło kilka miesięcy i przez przypadek trafiłam na program telewizyjny, gdzie kilka kobiet, ze łzami bezradności w oczach, opowiadało swoje historie. Bardzo podobne do tej, którą poznałam. Zadzwoniłam w kilka miejsc. Nie liczyłam na wiele, jednak najwyraźniej miałam szczęście. Komuś chciało się poświęcić swój własny czas i następnego dnia poczyniłam znaczne postępy w swoim bardzo amatorskim dochodzeniu.

 

Małżeństwo tej kobiety było udane. Tak uważało jej otoczenie. A ona? Była zadowolona z męża, który zarabiał coraz więcej i z pełnych energii córek. Tylko czasami, w gorsze dni, narzekała na samotność.

- Dzieci i dzieci, zapominam, jak to jest rozmawiać z dorosłymi.

Była zadowolona, gdy mąż stracił pracę . Cieszyła się z czasu, który w końcu z nim spędzała. Ale i to minęło. Zaczął wyjeżdżać do pracy za granicę. Przez miesiące jego ciągłej nieobecności samotność stawała się dla niej prawdziwą udręką.

- Jakby do domu wracał obcy człowiek. Zanim ponownie się do niego przyzwyczaję, on już musi wracać do pracy. I tak w kółko. Oszaleję od tego.

Mniej więcej po roku bycia „słomianą wdową” znalazła ukojenie – internet. Regularne funkcjonowanie w „wirtualnym świecie” wyraźnie poprawiało jej nastrój. Miała swoje ulubione fora, strony. Z mężem nie lubiła kontaktować się przez video komunikatory, twierdziła, że:

- To takie sztuczne. Wolę już do niego napisać…

 

W drugim roku wyjazdowej pracy małżonka, wczesnej jesieni, zaczęła zauważalnie promienieć szczęściem.

- Jestem taka szczęśliwa. W końcu!

Nikt z rodziny i przyjaciółek nie dopytywał, nie drążył. Z kim ma być szczęśliwa mężatka, jak nie z własnym mężem? Jej teściowa zaczęła, z dumą, głośno i nachalnie powtarzać, że:

- Syn zarabia teraz tak dużo, że każda byłaby z nim szczęśliwa.

 

Jesień minęła, potem nastała zima. Pamiętam, jak jej siostra zadzwoniła do mnie, zaniepokojona.

- Mają problemy finansowe. Wczoraj pożyczyłam im kolejne pieniądze. To nie są duże kwoty, jednak…

Była zdziwiona, wszyscy wiedzieli, że szwagier zarabiał za granicą niemałe pieniądze. Pod koniec zimy „słomiana wdowa” i mnie poprosiła o pieniądze.

- Oddam zaraz, jak wpłyną pieniądze z Norwegii.

Nie oddała. Tajemnicą poliszynela stały się ich kłopoty finansowe. Nie było nikogo z rodziny i znajomych, od których ona nie pożyczałaby pieniędzy. Nikomu nie oddała nawet złotówki.

 

Nadeszło lato. Mąż kobiety wrócił do kraju, żeby zabrać rodzinę na upragnione przez córki wakacje. Niestety, plany nie wypaliły. Wspólne konto świeciło pustkami, zaś do drzwi ich niewielkiego, komfortowo urządzonego domu na przedmieściach zapukał komornik.

 

Afera wybuchła na początku zimnego lata, trzy dni po powrocie stęsknionego męża do domu. Konto bankowe „świeciło pustkami”, jednak nie to było prawdziwym problemem. Okazało się, że kobieta – niestety – pożyczała pieniądze nie tylko od znajomych i rodziny. Gdy nie mogła już dostać więcej pieniędzy w banku, „poszła na całość” i sięgnęła po kredyty krótkoterminowe w para bankach. Czas mijał, odsetki rosły. Gdy okazało się, jak wysoka jest łączna kwota zadłużenia małżeństwa, on wylądował na parę dni w szpitalu z diagnozą: stan przedzawałowy. Biedak liczył na dwa tygodnie wakacyjnej idylli z córkami i żoną, zamiast tego usłyszał o prawie milionowym zadłużeniu, efekcie niezrozumiałych, nielogicznych decyzji małżonki.

 

Oficjalne stanowisko kobiety brzmiało – „nie wiem”. Te dwa słowa zawsze okraszała porządnym potokiem łez. Nie pomagały mężowskie prośby, nawet te wyrażane na kolanach. Nie pomagał jego wściekły wrzask. Tak, podrabiała jego podpis. Tak, brała te wszystkie pieniądze. Tylko – dlaczego? Po co? Nie odpowiadała. Wybuchała głośnym płaczem i chowała się w pokoju którejś z ich, przerażonych domowym chaosem, córek.

 

Pamiętam, jak siedziałam przed telewizorem dosłownie z otwartą buzią. Historie kobiet były jednocześnie tak głupie, jak i straszne. Wtedy nagle zrozumiałam. Następnego dnia, po wyczekiwanym telefonie, zadzwoniłam do jej siostry. Nie uwierzyła mi.

- Bajki opowiadasz! To nie jakaś głupia gęś, ona jest po studiach, miała nawet robić doktorat! No co ty!? Prędzej bym w UFO jakieś uwierzyła…

Jeszcze tego samego dnia w domu kobiety rozpętało się piekło. Siostra bohaterki tej historii  włamała się do jej laptopa. Moja hipoteza okazała się słuszna. Kobieta była ofiarą oszusta matrymonialnego. Mąż, z niedowierzaniem i przerażeniem, czytał pełne namiętnych wyznań wiadomości żony. Wszystkie skierowane do jakiegoś nieznajomego mężczyzny. Zanim mąż ochłonął, siostra kobiety zadzwoniła na policję.

 

Romans internetowy bohaterki tej historii zaczął się niewinnie. Zamienili parę zdań, raz, drugi, potem on przesłał jej zdjęcia swoich dwóch synów. Przedstawił się jako rozwodnik. Pisał o tym, że jego żona porzuciła dzieci i uciekła z innym. Twierdził, że synowie są chorzy. Mężczyzna, który poświęca swoje życie dla dzieci, rozmiękczył serce walczącej z samotnością kobiety. Zakochała się. Zaczęła wysyłać mu pieniądze. Na leki. Na operacje dla syna. Kilkakrotnie planowali spotkanie, jednak prześladował ich pech – raz jego młodszy syn trafił w środku nocy na OIOM, innym razem starszy złamał rękę na rowerze. Ich internetowa znajomość trwała kilka miesięcy, gdy nagle on napisał, że musi z synami wyjechać do Arabii Saudyjskiej bo tam jest jedyny na świecie specjalista, który może „jego skarbom” pomóc. Płakał, bo ona nie mogła załatwić wystarczającej ilości pieniędzy na operacje synów. Płakała razem z nim. Mimo to wyjechał. Mieli spotkać się, gdy wróci do kraju. Wtedy chciała powiedzieć mężowi, że pokochała innego. Niestety, znajomy z internetu zapadł się pod ziemię. W kwietniu zniknął z sieci jego profil. Telefon milczał. Mimo to kobieta wierzyła w jego powrót. Nie miała żadnych wątpliwości. Zakochała się w troskliwym, kochającym mężczyźnie i w końcu poczuła, że znowu żyje.  Jej wiarą zachwiały lawinowo przychodzące pisma windykacyjne z para banków. Kwoty, które wpływały z Norwegii nie wystarczały na spłatę zadłużenia, a odsetki rosły w zatrważającym tempie. Przyszło lato, a z nim komornik. Dopiero wtedy zrozumiała, że padła ofiarą oszusta.

 

Mąż kobiety nie zostawił rodziny. Nie zostawił żony. Gdy minęła wściekłość i poczucie bezradności, coś do niego dotarło. To, że nie jest bez winy. Pracował, przysyłał pieniądze, jednak to on miał lepszą codzienność, niż pozostawiona w kraju żona. W Norwegii rzadko wieczorami siedział samotnie w mieszkaniu. Tęsknił jak diabli za rodziną ale miał ciekawe życie. Wisienką na torcie były przyjazdy do Polski, gdzie czuł się jak król. Co z tego miała jego żona? Dwie pełne energii córki, które wymagały  ciągłej uwagi i pracy. Ładny dom. Pieniądze.  I puste małżeńskie łóżko. Dotarło do niego, że żaden plik banknotów nie stłumi poczucia samotności. Pamiętał to uczucie, z pierwszych wyjazdów za granicę, gdy czuł się tak bardzo obcy w nowym miejscu.

 

Ogłoszenie upadłości nie było proste, ani tanie. W końcu jednak udało się. Teraz cała rodzina mieszka w Norwegii. Gdy przyjeżdżają do Polski miło na nich patrzeć. Kobieta z lekką nadwagą i oczami błyszczącymi, jak gwiazdy, gdy patrzy na swojego męża i córki. Mężczyzna, któremu do twarzy jest z przedwczesną siwizną i głośnym, rubasznym śmiechem. I dwie energiczne, szczęśliwe dziewczynki. Słowem – kochająca się rodzina w komplecie. Nie ma co wspominać tragedii. Warto jednak o niej pamiętać. Czasami opowiedzieć. Bez nazwisk i dat. Jak mówi bohaterka tej historii:

- Wstyd o tym mówić. Jednak trzeba. Bo głupich nie sieją.

 

Warto wspominać tę historię także z jeszcze jednego, istotnego powodu. Amant z internetu, czyli oszust matrymonialny, uniknął odpowiedzialności. Rozpłynął się w powietrzu. Jednak tacy, jak on, nie zmieniają sposobu na zarabianie. Łatwe pieniądze ich uzależniają. Może dzięki temu kiedyś się zmaterializuje? Najlepiej w porządnych kajdankach na jakimś posterunku policji.

 

 

 

P.S. Oszuści przywiązują się do „łatwego” zarobku. Dlatego z chęcią opisałam historię otrzymaną na skrzynkę  mailową „natretnych-mysli”. Może dzięki temu jakaś przeraźliwie samotna kobieta nie popełni takiego błędu, jak bohaterka powyżej opisanej historii? Może. Mówi się, że mądry człowiek potrafi uczyć się na czyiś błędach. Nie sądzę. Mądry jest ten, który potrafi uczyć się na swoich własnych błędach. Ten z przysłowia zasługuje na miano geniusza :)

 

 

Też jesteś kobietą!

03 mar

 

 

Jestem kobietą. Potrafię robić parę rzeczy na raz przy jednoczesnym planowaniu kilkunastu następnych ważnych i mniej istotnych zadań. Myślę „sieciowo”. Nie potrafię nauczyć Mężczyzny tego samego. To człowiek czynu – dokładnie: jednego czynu, potem dopiero kolejnego. Gdy szoruje deszczownie zawsze zapomina o zdjęciu butów. W rezultacie ślady jego wędrówek uwieczniają się na podłodze. Nie robi mi tego na złość. Po wyczyszczeniu jednego elementu przechodzi do czyszczenia kolejnego – podłogi poplamionej butami umazanymi chemią. Mam szczęście – Mężczyzna rozumie moją potrzebę czystości i uporządkowania domu. Nigdy celowo, ani też z powodu lenistwa nie zniszczy efektu mojej pracy. Dzieje się tak tylko wtedy, gdy jest w pełni skupiony na swoim aktualnych zadaniu. Jednak zawsze skrupulatnie usuwa skutki uboczne swojej „zadaniowości”. Moje „sieciowe” myślenie i działanie sprawia, że zbiór ścian, sufitów i podłóg staje się ciepłym „gniazdem”, spokojną i stabilną ostoją w niepewnym świecie. Natomiast zadaniowość Mężczyzny czyni nasze życie prostszym, logiczniejszym i bezpieczniejszym. Idealnie się uzupełniamy.

 

Bywałam świadkiem tego, jak  inne kobiety głośno narzekały na niedbałość oraz bałaganiarstwo swoich życiowych partnerów .

- Wchodzi do kotłowni w laczkach, bo nie chce mu się ich zdjąć i potem wraca na kanapę w tych brudnych laczkach – prosto na beżowy dywan!

Cyklicznie tego typu narzekania słyszałam od jednej z bliższych znajomych.

- Nigdy nie wypuszcza wody z wanny po kąpieli, a ręczniki rozrzuca na podłodze, razem z brudnymi gaciami!

To słowa następnej „pokrzywdzonej” przez własnego męża.

- Nigdy nie odnosi naczyń do zlewu. Jak nie ma mnie cały dzień, a on ma wolne, w domu zastaję kilkanaście kubków, szklanek – a to na stole, a to na biurku, ławie, czy parapecie, dosłownie wszędzie!

Były i narzekania tego typu:

- Nigdy nie zaścielił łóżka, ani naszego, ani dziecka. Mamusia ścieliła mu łóżko do ostatniego dnia, kiedy z nią mieszkał.

- Nigdy nie uprasował sobie nawet koszulki, jak mnie w domu nie ma, to chodzi pomięty, jakby wylazł ze śmietnika! Tylko mi wstyd przynosi!

- Nie umie nastawić pralki, ani zmywarki, nawet herbaty nie umie sobie zrobić, mami – synuś.  

Najdrastyczniejsze zarzuty dotyczyły  spraw łóżkowych.

- Wchodzi do łóżka z brudnymi stopami, zapocony po późnym treningu i dziwi się, że wrzeszczę na niego. Raz mi powiedział, że jestem jakaś dziwna, bo normalną kobietę to pot samca bardzo podnieca.

- Siłą ściągam mu majtki przy jego protestach, że on nie cieknie, to nie brudzi i może zmieniać tylko po siłowni.

- W łóżku nie mogę się do niego przytulić, bo zapach z pod pach mnie odrzuca. A bierze co wieczór prysznic! Mam go pilnować przy myciu, jak naszego małego?!

Słuchając większości kobiet odczuwam zwyczajne niedowierzanie. Coś mi tu nie pasuje. Mama mojego Mężczyzny nie nauczyła go żadnych prac domowych. Żadnych. Mężczyzna to mądry człowiek i rozgryzienie działania pralki, czy żelazka, tudzież sposobu chwytania ścierki do kurzu, czy obsługi mopa rozgryzł w trzy sekundy. Chcieć, znaczy móc. Narzekanie i powtarzanie, jak mantry zwrotu: „Bo jego mamusia nie nauczyła” niczego nowego, ani dobrego do życia rodziny jeszcze nie wniosło. Robienie wszystkiego, zawsze i wszędzie za ukochanego „bo jego mamusia nie nauczyła” trąci sporą dozą wygody. Tak – wygody. Rozumiem, że znacznie łatwiej i szybciej zrobić coś samemu, niż nauczyć tego kogoś, kto jedyne co potrafi zrobić to ubrać się, czy zjeść obiad podstawiony pod sam nos. Drogie narzekające kobiety – spójrzcie na tych swoich rzekomych brudasków. Mają dwie zdrowe ręce? Mają? Głowę na karku? Mają? Trochę wiary, w końcu zaufałyście im na tyle, by związać się z nimi na całe życie – prawda?

 

W tym miejscu opowiem Wam o marzeniu mojego najstarszego brata. Gdy był jeszcze tzw. singlem, zapytałam go, o jakiej kobiecie marzy.

- Żeby kochała gotować i żeby mnie kochała. Nic więcej się nie liczy. Nie musi być pięknością, mieć idealnej figury, czy świetnie zarabiać. Żeby była szczęśliwa, kiedy gotuje coś pysznego dla nas. Żeby cieszyła się z drobnych przyjemności domowych i wspólnych wypadów na miasto, czy wieś. Żeby nasz dom pachniał jedzeniem i często brzmiał w nim jej śmiech. Żebym mógł ją rozpieszczać prezentami i w nocy ją przytulać.

Dlaczego przytoczyłam marzenie brata? Otóż starą prawdą jest to, że większość ludzi do szczęścia potrzebuje najprostszych rzeczy. Uśmiechu, spokoju, ciepła domowego. Jak się do tego ma postawa, którą ciągle zbyt często spotykam u kobiet – tych, które ciągle jęczą i narzekają? Pań, które z jednej strony gloryfikują wykonywane przez siebie prace domowe, odnajdując swoją (ale i niestety innych kobiet również) wartość tylko w błysku wyszorowanej muszli klozetowej, a jednocześnie notorycznie, wręcz natrętnie narzekają na wykonywane prace domowe oraz – jakże by inaczej – niewdzięcznych domowników. Nie zliczę już, ile razy słyszałam postulat dotyczący obligatoryjnie przyznawanej im pensji za prowadzenie domu.

W pamięci utkwiła mi szczególnie jedna z takich dyskusji. To było spotkanie rodzinne. Ukryłam się w kuchni i tam, przy wtórze mruczenia kotki gospodarzy, spokojnie piłam herbatę. Niestety, długo nie cieszyłam się upragnioną ciszą. Dołączyło do mnie grono kobiet, które znałam raczej powierzchownie (rodzina Mężczyzny). Rozmowa szybko wkroczyła na ścieżkę nieuchronnie prowadzącą do krainy zwanej przeze mnie roboczo „Ciężki, kobiecy los”.

- Ja nie rozumiem, dlaczego my nie możemy dostawać normalnej pensji za naszą pracę w domu?

- Racja!

- My, kobiety, pracujemy ciężej niż faceci w pracy!

Słyszący tę rozmowę jedyny mężczyzna, który zapuścił się do kuchni po dolewkę kawy, nie ukrył swojego rozbawienia.

- Żartujecie sobie chyba.

Kobieta, która zapoczątkowała dyskusję, zwróciła się do mnie.

- Marzenka, powiedz mu, ty pracujesz i prowadzisz dom. No, powiedz mu!

Powiedziałam, skoro mnie poproszono…

- Praca w domu to dla mnie wakacje w porównaniu do pracy zawodowej. Sposób na odreagowanie stresu, napięcia z całego dnia.

Na moją głowę posypał się grad kobiecych wymówek pełnych potępienia i świętego oburzenia. Streszczę je do jednego stwierdzenia, które wypowiedziała najstarsza rozmówczyni:

- No wiesz, co, Marzena? Jak tak można? I ty przeciwko nam??? Też jesteś kobietą!

Nie broniłam się.

- Nie jestem przeciwko wam, tylko mówię o tym, jak to wygląda z mojego punktu widzenia . W pracy często nie mam czasu iść do toalety, czy zjeść czegokolwiek. Zawsze towarzyszy mi stres. W domu na ogół, nawet w największym „kotle”, mogę wypić herbatę, usiąść na chwilę, wystarczy minuta, dwie, odsapnąć. Po pracy biegnę zrobić zakupy, na wszystko brakuje czasu. Jestem w domu najwcześniej o siedemnastej, siedem dni w tygodniu. Często pracę muszę dokończyć wieczorem, w domu. Ty wstajesz, kiedy zechcesz, robisz zakupy bez pośpiechu. Masz więcej czasu ode mnie – jakieś 10 do 12 godzin na dobę. To sporo – prawda? I jeszcze jedno – dlaczego ty miałabyś dostawać pieniądze za siedzenie w domu? Co z takimi kobietami, jak ja – pracującymi zawodowo, a także dbającymi o dom oraz rodzinę? Proponujesz im podwójną pensję?

Na moją głowę spadła kolejna porcja oburzenia w postaci takich stwierdzeń, jak:

- Jesteś przeciwko kobietom!

- Nie rozumiesz nas, gospodyń domowych!

- To zdrada swoich, jak możesz?!

Próbowałam wytłumaczyć zgromadzonym paniom (żadna nie pracowała zawodowo w tamtym czasie), że doceniam pracę wykonaną w domu i rozumiem, że jest ona tak ciężką także poprzez swoją powtarzalność, a także ulotność jej efektów. Moje słowa odbijały się od potężnego muru oburzenia i trafiały w próżnię. Kobieta, która nie popiera automatycznie zdania innych kobiet często budzi wielkie niezrozumienie. Dlaczego? Aż tak bardzo lubimy stereotypy i ową mityczną „wspólnotę jajników”?

 

Do dzisiaj szczególnie pamiętam jedną z rozmówczyń, tę, która najgłośniej protestowała. Zdarzyło mi się w późniejszych latach bywać kilkanaście krotnie w jej domu. Wyjdę na złośliwca, jednak faktem jest, że jak na osobę wiecznie utyskującą na wielość obowiązków związanych ze sprzątaniem, w domu rzeczonej pani nigdy porządku nie zastałam. Jej męża również – do rodzinnych pieleszy wracał góra dwa razy w miesiącu, na dzień, dwa – praca w wiecznych delegacjach. Ich dziecko już dawno uwiło sobie własne  gniazdko. Nie pojmuję więc, za co z naszych podatków owa kobieta miałaby dostawać pensję, o którą się tak głośno upominała? Na szczęście już lata temu doszłam do wiekopomnego wniosku, że wcale ale to wcale nie muszę rozumieć wszystkiego  :roll:

 

Lubię być kobietą. Sercem mojej rodziny. Spełniającym się zawodowo człowiekiem. Wielofunkcyjnym urządzeniem domowym . Jestem taka, jak inni ludzie, a jednocześnie zupełnie inna. Zawsze jestem sobą. Kobietą.

 

 

 

 
Komentarze (36)

Napisane w kategorii Proza zwykłych dni.

 

Mój słodki prosiaczek!

12 lut

 

 

Oto para: kobieta i mężczyzna. Zakochani. Tak bardzo, że gdy ponad cztery lata temu spotkałam się z nimi w kawiarni jedli sobie z „dzióbków”. Dosłownie. Wyobraźcie sobie dwoje dorosłych ludzi, którzy obrzucają się „słodkimi” słówkami typu „misiaczek/kwiatuszek/prosiaczek” (nie przesadzam), jednocześnie zjadając sobie z ust czekoladowe ciasto. Było romantycznie – dla nich na pewno, bo ja czułam się, jak przysłowiowe piąte koło u wozu.

- On jest taki kochany! Mój słodki prosiaczek! No, spójrz na niego…

Spojrzałam akurat w chwili, gdy kawałek masy śmietankowej wylądował na nosie „prosiaczka”.

O! I nosek się pobrudził. Kasiunia* nie trafiła i teraz musi posprzątać!

Posprzątała, swoim  językiem. Nie jestem zimną i niewrażliwą na czyjąś miłość kobietą. Zwyczajnie nie zdążyłam jeszcze zapomnieć, jak kilkanaście minut wcześniej „prosiaczek” dyskretnie czyścił nos chusteczką narzekając na gnębiący go od kilkunastu dni katar. Najwyraźniej jestem z tych „brzydliwych” – pomyślałam i odsunęłam talerzyk z pyszną tartinką.

- Au!

- Co się Kasiuni…

- Przygniotłeś mi palec!

Grad męskich pocałunków obsypał kobiecą dłoń.

- Mój kwiatuszek nie może cierpieć, zaraz scałuję cały ból!

Spotkanie nie trwało długo. Udałam, że mam bardzo pilną sprawę do załatwienia i z ulgą opuściłam kawiarnię.

 

Dwa lata później wręczałam zakochanej parze bukiet pąsowych róż i szczerze życzyłam szczęścia na „nowej drodze życia”. Potrzebowali go, bardzo, Kasia była już wtedy w piątym miesiącu bliźniaczej ciąży.

 

Zakochanej pary nie spotkałam przez ponad dwa lata. W tym czasie na świat przyszły ich dwie śliczne córeczki. Niedługo po tym całą rodziną przeprowadzili się na drugi koniec Polski. Dzięki temu, że żyjemy w dobie szybkiej komunikacji (niestety, często dosyć zdawkowej, powierzchownej), mogłam bieżąco śledzić ich losy. Czasami wymieniliśmy parę wiadomości, padały jakieś komentarze pod zdjęciami – ot, współczesna klasyka znajomości „na odległość”.

 

Ucieszyłam się, gdy kilka tygodni temu spotkałam Kasię w miejscowej galerii.

- Muszę pokazać na żywo wnuczki prababci.

Postanowiłyśmy wypić kawę w pobliskiej cukierni.

- Szybką – dodała – teraz na wszystko brakuje mi czasu. Za pół godziny mąż po mnie przyjedzie i odbieramy małe od dziadków.

Gdy już zajęłyśmy stolik, spokojnie przyjrzałam się Kasi. Zeszczuplała, jej piękne włosy nie straciły nic z dawnego, legendarnego blasku i gęstości (niejedna koleżanka ich zazdrościła).

- Macierzyństwo ci służy.

- Jak diabli, żebyś wiedziała…

Nie było w jej słowach nawet cienia entuzjazmu. Milczałam.

- Znowu jestem w ciąży.

- Gratuluję!

- Nie ma czego, to znowu wpadka. Dałam się wrobić, jak głupia siksa…

Potem był ciąg dalszy. Dowiedziałam się, że pierwsza ciąża została „ukartowana” przez jej męża – wszystko przez to, że Kasia otrzymała szansę na stympedium w Krakowie, a to oznaczałoby wyjazd i rozłąkę. Ale tego dowiedziała się dopiero wtedy, gdy poinformowała swoją „drugą połówkę” o kolejnej ciąży.

- Zrobiłaś to celowo? Przyznaj się!

Zamiast radości doszło do wielkiej awantury, każde z nich powiedziało o parę zdań za dużo. Na drugi dzień on – klasycznie i powtarzalnie w ich burzliwych relacjach – wrócił z kwiatami, przeprosił, jednak ona nie potrafiła przeboleć jego „ciążowej intrygi” .

- Wrobił mnie – rozumiesz? Miałam przed sobą tyle możliwości. Wiesz, jak trudno dostać takie  stympedium  w Polsce. A on mnie wrobił. Podziurawił całe opakowanie prezerwatyw, a ja jestem strasznie płodna, bo w mojej rodzinie, wiesz, kobiety zachodzą niemal od samej myśli o gołym facecie….

W końcu obie zaczęłyśmy się śmiać. Było z czego. Kaśka śmiała się tak bardzo, że po chwili szeptem poinformowała mnie o „popuszczeniu”.

- To też dostałam w pakiecie z niby wpadką.

Po tych słowach popłynęły jej łzy. Nie lubię dawać dobrych rad, jednak cicho napomknęłam o tym, że takie sprawy może załatwić operacyjnie.

- Wiem, wiem, ale męża to już nikt mi nie zoperuje. I zmarnowanych szans też.

Przy naszym stoliku zrobiło się smutno. Kobietom w ciąży łatwo przychodzi diametralna zmiana nastroju – szczególnie na początku „błogosławionego stanu” (wniosek własny z obserwacji wśród najbliższej rodzinny). Dlatego zaczęłam wspominać. Dokładnie – nasze spotkanie w kawiarni, gdy poznałam ukochanego Kaśki. Wspomnienia były odrobinę przerysowane, szczególnie katar mężczyzny i jedzenie z „dzióbków”. Dzięki temu Kasia rozpogodziła się. Po raz nie wiem który oglądałam cudowny efekt, jaki niezmiennie przynosi zwyczajny śmiech.

- Wiesz co? Opisz to.

- To? Czyli?

- No, to! Mój beznadziejny przypadek. Pośmieję się trochę, zdystansuję. Może jakiejś zakochanej do nieprzytomności gąsce to pomoże.

Pokręciłam przecząco głową.

- Nie chcesz?

- Chcę. Ale nie licz na to, że komuś to pomoże. Pierwsza miłość na ogół jest ślepa, głucha i wszystkowiedząca. Dobrze, gdy tylko ta pierwsza.

 

 

Mąż Kasi spóźnił się.

- Znowu.

Kasia tłumaczenia mężczyzny skwitowała tylko tym jednym słowem.

- Może kawę wypijesz z nami?

Zgodził się na moją propozycję, dzięki czemu – na własne życzenie – ufundowałam sobie koszmarne piętnaście minut. Dlaczego? Mały przykład – pytam go, co z firmą, którą prowadzi z kolegą.

- Dobrze.  Niestety to trzeba rozwijać, a ONA wymyśliła sobie kolejne dziecko.

ONA nie była mu dłużna.

- Rozwijać to ty chcesz kontakty z tymi siksami, co u was pracują. Patrz, Marzena, brzucha się dochował ale rozumu to już nie!

- Nie słuchaj jej, znasz to: długie włosy, krótki rozum?

Kasia przeczesała swoje długie niemal do talii, gęste włosy drobną dłonią.

- Jasne, to przy Twoich zakolach powinieneś być geniuszem!

Trudno prowadzić spokojną, odprężającą rozmowę w takich warunkach, prawda?

W końcu, po jakiś piętnastu minutach, usłyszałam:

- Kaśka, ruszaj ten swój kościsty tyłek, dzieci na nas czekają.

Kasia nie skomentowała tego zdania. Wstała szybko, przewracając szklankę z sokiem.

- Moja nowa bluzka!

- Co tam bluzka, szkoda dobrego soku.

Oczywiście, mąż skorzystał z okazji do „żartu” na dowidzenia.

 

Gdy rozstawaliśmy się przy samochodach, Kasia powtórzyła swoją wcześniejszą prośbę:

- Nie żartowałam. Opisz to. Niezły koszmarek, co? Przepraszam cię za te spory przy tobie, jednak on tak mi działa na nerwy, że! Gdyby nie łóżko… Jest w tym dobry. Żartuję. Dzieci, wiesz? Dziewczynki potrzebują ojca. Takiego porządnego, jak on, dobrze zarabiającego i takie tam. Życie, nie? Ale łóżko to jest jednak taki malutki bonus, osłoda.

 

Nie wszystkie opowieści o miłości mają szczęśliwe zakończenie. Historia Kasi to wciąż „powieść, która się pisze”. Wszystko przed nimi. Może powrócą czasy „prosiaczka/kwiatuszka”? Może, kto wie… Miłość tak wiele wypacza, jak i wybacza. Każdy z nas zna zakochanych, którzy świata poza sobą nie widzą i „żyją długo i szczęśliwie”. Każdy zna też takie pary, które bardzo szybko ze stanu miłosnej euforii wpadają w zimną wściekłość. Nie ma uniwersalnych dobrych rad w kwestii miłości. Prawda jest taka, że „Każda potwora znajdzie swojego amatora”**. Jeżeli tego właśnie pragnie.

 

 

 

 

 

*Imię, oczywiście, zmienione

**Mogę to poświadczyć moją własną historią miłosną, która trwa od niemal siedemnastu lat i „końca nie widać”. Czego i Wam, moim czytelnikom, szczerze życzę.

 

 

 

 

 

Taki nowy, a taki stary

05 sty

 

 

Ruchome schody. Zawsze, gdy na nie wchodzę, bardzo uważam. Zwłaszcza w dni, gdy dokuczają mi uporczywe zaburzenia równowagi. Wpatrzona w swoje buty, usłyszałam kobiecy śmiech. Właściwie to dziewczęcy, z tymi charakterystycznymi nutkami perlistego chichotu. Lubię śmiech. Te chwile, gdy znikają bariery ochronne przed światem zewnętrznym i ludzka twarz krzywi się w eksplozji szczerego śmiechu.

- I on, wiecie, powiedział, że mam ładne oczy!

- Oooooooo…

- A potem, że moje nogi też mu się podobają!

- Ooooooo…

- Ale padłam, jak rzucił, że nigdy nie widział takich okrągłych pośladków!

Gdzieś nad moją głową zawirował chóralny śmiech.

- A co ty na to?

- Ja? No, byłam zadowolona. Wiecie, jak wygląda, nie?

- Nooooooooooooooo…

Ruchome schody wyrzuciły mnie na stały ląd. Jeszcze tylko jedno piętro, pomyślałam znów ze skupieniem polując na ruchomy pasek. Tuż przede mną ulokowały się młode dziewczyny. Znałam ich śmiech.

- Umówiłaś się z nim?

- Umówiłam, o piątej, jak skończy pracę.

- Ale jesteś pewna?

- Jestem.

- No, wiesz…

- No co niby mam wiedzieć!?

- Nooo… Bo ten twój nowy chłopak jest jednak taki stary. Siostra mówiła, że ma aż dwadzieścia sześć lat!

Schody dowiozły mnie na miejsce. Grupka dziewczyn oddaliła się w sobie tylko znanym kierunku, żegnając mnie swoim perlistym chichotem.

 

Rozpoczął się dwutysięczny szesnasty rok. Młody, a jednak już taki stary. Zupełnie jak chłopak, o którym rozmawiały dziewczyny. To już trzydziesty dziewiąty rok mojego życia. Czas płynie i płynie. Czasami wydaje mi się, że widzę siebie, za lat powiedzmy czterdzieści, jak z nostalgią wspominam aktualną teraźniejszość. Jakby „dzisiaj” już przeminęło i stało się „wczoraj”. Trudno jest żyć tu i teraz. Zawsze wspominamy przeszłość, jednocześnie jedną nogą stojąc już w przyszłości. Teraźniejszość istnieje tylko przez mgnienie oka. Jest prawie nieuchwytna. Dlatego taka cenna.

 

Na życie patrzymy poprzez pryzmat własnych doświadczeń. Słusznym jest stwierdzenie mówiące o tym, że „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. Dla mnie dwudziestoparolatek to młodzik, niemal dziecko, natomiast dla nastolatki, to „starszy facet”. Dla mnie dwutysięczny szesnasty rok to trzydziesty dziewiąty rok dojrzałego życia, dla nastolatki – początek, zalążek zbliżającej się dorosłości.

 

Wspominałam w tym miejscu, wielokrotnie, o mojej zmarłej babci. Przeżyła dwie wojny światowe. Pierwszą, jako nastolatka, drugą – jako żona/wdowa i matka. Do końca życia zanim z bochenka chleba ukroiła tzw. piętkę, nakreślała na nim dłonią znak krzyża. Gdy zdarzało się, że kawałek chleba spadał na podłogę, podnosząc go – całowała z uszanowaniem. Dla mojej babci chleb był świętością. Dlaczego? Poznała wojenny i powojenny głód. Chleb na zawsze stał się dla niej świętym symbolem życia.

Całkiem niedawno byłam niemym świadkiem takiej oto sceny. Młoda matka z ciocią karmiły dwójkę kilkuletnich dzieci.

- Jedz, Marysiu. Zobacz, Adaś tak ładnie je…

Rzeczywiście, chłopczyk „wsuwał” kolorowe danie, aż mu się uszy trzęsły.

- Ale ja nie chcę…

Dziewczynka najwyraźniej  nie była głodna. Parę minut wcześniej zjadła duży kawałek ciasta popijając go słodkim, gazowanym napojem.

- Zjedz, zobacz jakie kolorowe, ciocia sama zrobiła dla ciebie.

Ciocia, z wypiekami na twarzy, przysunęła talerzyk z posiłkiem bliżej dziewczynki.

- No już, kęsa z mamę…

Marysia energicznie machnęła ręką w geście protestu. Pech chciał, że jej tłuściutka piąstka wylądowała na ciocinej dłoni z kanapką. Po krótki locie chleb upadł na podłogę.

- Marysiu!

- Marysiu, czemu nie chcesz, jak Adaś, ładnie zjeść chlebka?

- Adaś jest głupi! A chlebek wstrętny!

Marysia zaczęła wyć, jak syrena alarmowa. Mama tuliła córkę, jakby mała dopiero co uniknęła groźnego wypadku.

- Już dobrze, dobrze.

Ciocia wstała z krzesła i schyliła się nad kanapką.

- Patrz, Marysiu. Ciocia już zabiera wstrętny chlebek i zaraz wyrzuci go do kosza.

Ciocia chlebek wyrzuciła, a na pocieszenie przyniosła rozszlochanej, tłuściutkiej Marysi kolejny kawałek serniczka.

- Jedz, króliczku, jedz. Och, te dzieci.

Ciocia z westchnieniem usiadła na krześle. Tylko Adaś nie przejął się zamieszaniem i spokojnie kończył zjadać swoją kolorową kanapkę.

 

Nie oczekuję tego, że małe dzieci będą „żegnać” chleb. Nie jestem związana ideologicznie z żadną religią. Mam za to silne związki z historią opowiadaną mi lata temu przez ukochaną babcię. Wiem, że chleb nikomu nie spada z nieba. Zarabiała na niego moja babcia, zarabia i mama Marysi. Mam świadomość tego, że ciągle, w dwudziestym pierwszym wieku, z powodu braku jedzenia, umierają ludzie. Chleb nie stracił nic ze swojej życiodajnej wartości. Po prostu – punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, prawda?

 

Mamy nowy, a jednak taki stary, rok. Życzę wszystkim dobrej pamięci. Niech to, co jest już „złą historią” nigdy do Was nie wraca. Nie warto żyć tą częścią przeszłości, która nie była dla Was łaskawa. Jedyne, co warto w tym przypadku – to zachować o niej pamięć, by już nigdy nie wróciło dawne zło. Jeżeli ktoś z Was potrafi – żyjcie jak najwięcej tym mgnieniem zwanym teraźniejszością. Nie oburzajcie się, gdy Wasze Święte Wartości niewiele znaczą dla innych. Nie krzyczcie o braku tolerancji tylko dlatego, że ktoś nie chce żyć według Waszych Świętych Wartości. Pamiętajcie, ze każdy potrafi odbierać świat tylko subiektywnie. Obiektywizm? Niemożliwe. Możecie mi nie wierzyć na słowo – sprawdźcie to. Odbieranie danego zjawiska przez dwie osoby może być bardzo podobne, jeżeli ludzie ci reprezentują podobny światopogląd. Jednak nigdy nie będzie takie samo. Szczegóły. To nas, ludzi, różni. Niezależnie od naszego obecnego punktu siedzenia/widzenia.

 

 

P.S. Postanowienia noworoczne? Brak. Marzenia? Mnóstwo. Ubiegłoroczne, jedno jedyne, ziściło się. Powtarzam więc owo marzenie – obym, za dwanaście miesięcy, nowy, dwutysięczny siedemnasty rok, powitała z moimi najbliższymi, najukochańszymi. Bo tylko oni się liczą. Wszystko inne można sobie, podobno, kupić  ;-)

 

 

 
Komentarze (30)

Napisane w kategorii Proza zwykłych dni.

 

Jak dopadło mnie (świąteczne?) szaleństwo

16 gru

 

 

Parę lat temu postanowiłam robić większość tzw. zaopatrzenia świątecznego z wyprzedzeniem co najmniej dziesięciodniowym. W tym roku, trzymając się swojego odgórnego planu, równie wcześnie wyruszyłam na podbój sklepowych półek. Wybrałam porę południową, kalkując, że dzięki temu uniknę męczącego tłoku w galeriach.

 

Wędrując bardzo powoli, zamyślona, przeczesywałam wzrokiem sklepowe wystawy. Nie wiem, kiedy i dlaczego ale nagle znalazłam się na podłodze. Twarde lądowanie przyniosło uczucie bólu w lewej kostce.

- Co jest???

Zdezorientowana oglądałam świat z pozycji niemal poziomej.

- Ojej, pomogę pani!

Jakaś kobieta wyciągnęła do mnie rękę i dzięki jej pomocy za chwilę stanęłam na obolałej kostce.

- Cała pani? No, co za pech! Pastują te posadzki, to potem chwila i nieszczęście gotowe! No, już, już, może zaprowadzę panią na ławeczkę?

Nie czekając na moją odpowiedź podprowadziła mnie do stojącej blisko ławki. Usiadłam i wtedy dopiero przyjrzałam się mojej zbawczyni. Okazała się nią zadbana, szczupła, wysoka kobieta z bardzo rozbieganym wzrokiem. Pewnie też była pod wpływem emocji, gdyż po paru chwilach schowała głowę między kolanami.

- Zaraz mi przejdzie.

Gdy po chwili znowu usiadła z wyprostowanymi plecami, na jej twarzy pojawiły się rumieńce. Czarne oczy spokojnie przyjrzały się mojej twarzy.

- A z panią, wszystko dobrze? Nie zdążyłam złapać, tak nagle pani upadła.

- Nie wiem, dlaczego. Nie zrobiło mi się słabo, ani nic w tym stylu…

- No, czasami tak jest. Kostka boli?

Zaprzeczyłam, gdyż ból wyraźnie złagodniał i podziękowałam za pomoc.

 

Kwadrans później stałam w drogerii przy półce z balsamami. Zamyślona (to typowy dla mnie stan, Mężczyzna nazywa go „snem na jawie”), przeczesywałam wzrokiem etykiety. W końcu wzięłam jedną z butelek i powąchałam jej zawartość.

- I co? Ładnie pachnie?

Zdziwiona towarzystwem niemal podskoczyłam z zaskoczenia. Odwróciłam głowę w stronę płynącego do mnie głosu.

- Ładnie? Bo jest na to nawet jakaś promocja ale nie wiem, czy kupować…

Czarne oczy ze skupieniem wpatrywały się w moje usta najwyraźniej czekając na odpowiedź.

- Ładnie.

- Kupi pani sobie?

- Nie wiem, zastanowię się.

- Myśli pani, ze ja sobie powinnam to kupić?

- Nie wiem, co pani lubi, to kwestia gustu.

- Ale pani sobie kupi?

- Nie wiem.

W tym momencie do półki zbliżyły się trzy roześmiane, rozgadane nastolatki. Korzystając z zamieszania opuściłam drogerię. Wychodząc, nie oglądałam się za siebie, jednak miałam nieodparte wrażenie, że czarne oczy nawet przez chwilę nie przestały mnie śledzić. Dziwne, wręcz paskudne uczucie.

 

Sklep z dziecięcymi zabawkami znajdował się dwa piętra wyżej. Wjechałam ruchomymi schodami, jak zawsze ulegając swojej niechęci wobec przeszklonej windy. Szukając zabawki odpowiedniej dla niespełna dwuletniego chłopca powoli zapominałam o mojej czarnookiej wybawczyni.

- Czy ta zabawka jest dostępna w innej kolorystyce?

- Zaraz sprawdzę.

Czekając na ekspedientkę oglądałam kolejki. Parę kroków dalej tej samej czynności oddawał się ojciec z – na oko – sześcioletnim synem. Dziecko było już najwyraźniej zmęczone, natomiast entuzjazm i widoczna ekscytacja zabawką ojca chłopca „biła po oczach”.

- Tatuś, idziemy!

Z wyraźną niechęcią mężczyzna odłożył karton z kolejką.

- Mamy to w takiej kolorystyce.

Sprzedawczyni wręczyła mi kolorową zabawkę. Była śliczna. Poczułam cień ekscytacji, jaką najwyraźniej przed chwilą odczuwał mężczyzna oglądający kolejkę. Kto ma większą przyjemność – dzieci, które dostają od Mikołaja prezenty, czy dorośli, gdy przeszukują czeluści sklepów z zabawkami mogąc przez kilka chwil z powrotem wrócić do prostych radości dzieciństwa?

- Podoba się pani?

Tego pytania nie zadała ekspedientka. Wiedziałam, jakiego koloru oczy spotkam, gdy odwrócę głowę. Nie myliłam się. Moja zbawczyni, o której zaczęłam myśleć per prześladowczyni, stała metr ode mnie.

- Nie wiem.

- Ale kupi to pani?

- Nie wiem, nie mam czasu.

Wyszłam ze sklepu. Tym razem się obejrzałam. Nieznajoma nie spuszczała ze mnie wzroku.

 

Ignorując lęki wsiadłam do windy. Po chwili znalazłam się na parterze, nieopodal miejsca mojego wcześniejszego upadku. Weszłam do kawiarni. Chciałam przemyśleć sprawę. Musiałam zrobić zakupy. Tylko, co z tą dziwną nieznajomą? Może to tylko przypadek? Kwestia mojej wybujałej wyobraźni? Po chwili przekonałam sama siebie, ze byłam przewrażliwiona i spotkania z wybawczynią były tylko i wyłącznie kwestią przypadku. Dlaczego ktoś obcy  miałby za mną chodzić po galerii? Owszem, pytania nieznajomej były dziwne, jednak bycie obiektem czyjejś nachalności  nie jest groźne, tylko zwyczajnie męczące.

Kolejne łyki gorącej kawy podniosły mnie na duchu i utwierdziły w uznaniu zdarzeń za przypadek.

- Dobra kawa?

Filiżanka o mało nie wypadła mi z dłoni.

- Smakuje pani?

Czarne oczy nie mrugały, gdy nieznajoma zadawała kolejne pytanie.

- Myśli pani, że mi też by smakowała?

A więc to nie był przypadek.

- Dlaczego pani za mną chodzi?

Kobieta nie spodziewała się mojego pytania.

- Dlaczego pani za mną chodzi???

Powtórzyłam pytanie, bardziej dobitnie, czując, że zaraz stracę nad sobą panowanie.

- Nie chodzę. Wydaje się pani.

Czarne oczy zrobiły się niespokojne.

- Dziękuję, ze pomogła mi pani wstać, jednak to nie daje pani prawa do chodzenia za mną.

- Nie chodzę. Ja nie chodzę.

Twarz nieznajomej zastygła, oczy znów były spokojne, skupione na mojej twarzy.

- Proszę przestać za mną chodzić.

Mój podniesiony ton głosu zwabił do stolika starszą kobietę z obsługi kawiarni.

- Podać coś jeszcze?

Energicznie, w geście zaprzeczenia potrząsałam głową.

- Nie, dziękuję. Ta pani za mną chodzi i jest dziwna. Najpierw pomogła, gdy się przewróciłam i…

- To ona podłożyła pani nogę.

Kelnerka ucięła moje tłumaczenia. Po jej słowach poczułam ciarki biegnące wzdłuż kręgosłupa.

- Co???

- Ścierałam tamten stolik i widziałam, jak ta tutaj podłożyła pani stopę, a gdy pani upadła, to podniosła panią. Myślałam, że to jakaś znajoma, że to może takie wygłupy…

Oburzenie wzbudziło we mnie konkretne pokłady gniewu.

- Zaraz zadzwonię na policję, a ta pani będzie świadkiem!

Kelnerka zawtórowała mi:

- Racja! Policja załatwi sprawę. Żeby w środku dnia tak kogoś straszyć! I to dorosła kobieta! Czegoś pani brakuje? Za pani torebkę to bym miała czynsz na rok opłacony, a pani chodzi i szuka guza po galerii!

Czarne oczy znów zaczęły niespokojnie mrugać. Nie wiem, dlaczego, ale zrobiło mi się żal tej – najwyraźniej zagubionej w rzeczywistości – nieznajomej.

- Dlaczego pani za mną chodzi?

Tym razem moje pytanie zabrzmiało zdecydowanie łagodniej. Naprawdę chciałam to wiedzieć. Kelnerka zamilkła, ciekawa odpowiedzi nie mniej, niż ja. Nieznajoma potrząsnęła głową i przesłała mi niby – uśmiech, który nie sięgał jej oczu.

- Myślałam, że jest pani miła.

I odeszła, a właściwie – odbiegła. Zamurowało mnie.

- Wariatka!

Kelnerka głośno wyraziła swoje zaskoczenie takim obrotem sytuacji.

 

Gdy kończyłam pić swoją kawę, wciąż towarzyszyła mi kelnerka. Nakłaniała, żebym zadzwoniła na policję, jednak nie zrobiłam tego. Co miałabym im powiedzieć? Że obca kobieta podłożyła mi nogę, by móc mi pomóc, a potem chodziła za mną po galerii i w dziwny sposób zagadywała? No właśnie…

 

Kelnerka, która widziała zajście z moim upadkiem, okazała się przemiłą, aczkolwiek bardzo rozgadaną osobą. Potrzebowałam tego. Opowiadała o tym, jak będą u niej wyglądać święta, poznałam marzenia prezentowe jej dwójki wnuków. Dzięki temu trochę się odprężyłam. W kawiarni stała pięknie udekorowana choinka, z głośników leciały kolędy. Przed wyjściem podziękowałam za wsparcie w tej dziwnej sytuacji.

- Cały czas myślę o niej. Jak pani uważa, czego ode mnie chciała?

Starsza pani uśmiechnęła się, wiecie, tym uśmiechem, który najpierw rodzi się w oczach, a potem rozświetla całą twarz.

- Wariatów nigdy nie brak. Bo ja wiem – idą święta, każdy z nas trochę wtedy wariuje. 

Opuszczałam przytulne wnętrze kawiarni żegnana dobrym, ludzkim uśmiechem.

 

 

 

 

 
Komentarze (22)

Napisane w kategorii Proza zwykłych dni.

 

Tłoczno, jak przed teatrem

26 lis

 

 

Szum medialny wokół „Śmierci i dziewczyny” był potężny. Tak bardzo wielki, że aż dotarł pod strzechy. Nie zdarza mi się często słyszeć w miejscowym, małym sklepie rozmów o sztuce pięknej.

Wybierając cytryny o cienkich skórkach, dreptałam przy paru skrzynkach z owocami i warzywami ustawionymi wprost na podłodze. To nie jest sklep często odwiedzany przeze mnie, tak jak już wspomniałam – to chyba najmniejszy  tzw. „spożywczak” we wsi. Jako że akurat dowieziono świeże warzywa i owoce (wydarzenie mające miejsce raz w tygodniu), w krótkim czasie ustawiła się do kasy kilkuosobowa kolejka.

- Dzień dobry! A co to? Kolejka?

- A, kolejka, widzisz…

Jakiś starszy mężczyzna z bujnym wąsem zdobiącym jego szeroką, jowialną twarz, wszedł do środka, głośno wyrażając zdziwienie, niecodziennym w tym miejscu, tłokiem.

- Tłoczno tu…

- No, ludzi się zebrało.

- … jak w teatrze.

Tubalny, męski śmiech wypełnił zatłoczoną przestrzeń.

- Jak przed teatrem chyba!

Kobieta w średnim wieku ochoczo przyłączyła się do głośnej rozmowy.

- Tylko zdrowasiek nikt nie klepie.

Młody chłopak poszedł „za ciosem”. Przestrzeń wypełnił ponownie rubaszny, męski śmiech.

- I czego to, jak świnie, się śmieją???

Sytuacja robiła się interesująca. Zajęłam lepszą strategicznie pozycję widza, ustawiając się przy skrzynce z pomidorami.

- Bo świnie, to śmieją się i tyle. Też by chcieli porno pewnie, ochlapusy jedne!

Kobiecie w średnim wieku z pomocą przyszła starsza pani.

- Co, to źle, że się modlili? W środku porno było, to co? Mieli pozwolić?

- Jakby u nas taką sztukę dali, to pierwszy bym bilet kupił.

Mężczyzna, który rozpoczął całą rozmowę, podrzucił „drwa do ognia” z wyraźną radością malującą się na wąsatej twarzy.

- Dziwki by poszedł oglądać???

Panie nie kryły swojego oburzenia.

- Jakie zaraz dziwki?

- A co, jak nie dziwki? Za pieniądze porno robić dla ludzi, to co, przecież nie dziewice!

Policzki kobiety w średnim wieku zapałały purpurą. Usta zacięła w cienką kreseczkę, wielkimi oczami rzucając błyskawice na najwyraźniej dobrze bawiących się panów.

- Żadne dziwki, zaraz tam – dziwki, to zwyczajne profesjonalistki.

Młody chłopak najwidoczniej ubiegł swoją konkluzją wąsatego, gdyż ten – z wyraźnym zadowoleniem – poklepał młodzieńca po plecach.

- Tak jest, w rzeczy samej! Dobrze mówisz!

- A co się tam pani dziwi, każdy facet to świnia i już.

Starsza pani nie kryła adresata swojej wypowiedzi. Rękoma podparła się pod boki i wzrokiem piorunowała wąsacza.

- Romek, to ja twojej powiem, co tu gadasz. Zobaczymy, kto się będzie śmiać ostatni. No!

Wąsaty Romek na chwilę jakby stracił rezon. Rozważył coś w głowie i chyba wyszło mu, że skoro „mleko już się rozlało”, to…

- A co ona, porno nie zna? A dzieciaki to skąd nam się w chałupie wzięły?

Tym razem do chóru męskiego rechotu dołączył głośny, kobiecy śmiech. Mój.

 

Śmiech bywa jedynym lekarstwem na cierpienie. Zawsze jest słuszną reakcją na ludzką głupotę. Trudno kłócić się z kimś, kto się śmieje. Chociaż bywa i tak, że dystans, a nawet pewna doza lekceważenia, która czasami jest wyrażana poprzez śmiech właśnie, działa, jak przysłowiowa „płachta na byka”. Śmiech śmiechowi nie jest równy.

 

Wybieram się na spektakl we Wrocławiu. Tak, TEN spektakl. Dlaczego? Jestem rozwiązła? Niemoralna? A może opętana przez jakieś nieczyste siły? Gdybym pierwsze zdanie umieściła parę dni temu na jakimś propagandowym medium, o przepraszam, medium tzw. „bocznego nurtu”, to bardzo szybko usłyszałabym, że jestem popiep…..m (czyli dobrze przyprawionym) liberałem. Tak jakoś dziwnie się porobiło w naszym pięknym kraju, że określenie „liberał” często używane jest zamiennie z klasycznymi wyzwiskami (tzw. kuchennym francuskim). Dlaczego? Nie od dzisiaj wiadomo, że „kto nie jest z nami, ten przeciwko nam” i drugie „ryba psuje się od głowy”. Politycy dzielą naród. Co oznacza zwrot „liberalny lewak”???? Śmiertelnego wroga tych, którzy używają powyższych określeń, jak wirtualnej pięści. Niskie instynkty obudzić jest najprościej, to żadna sztuka. Im mniej w jednostkach samodzielności w ocenie świata, tym większa łatwość manipulowania tłumem.

 

Smutna ta dzisiejsza nasza polska rzeczywistość. Częściowo przyczynia się do tego listopadowa aura. Zimno, leje i wieje. Na optymizm stać niewielu. Przemykamy, jak cienie po chodnikach całej Polski, kuląc się od atakującego nas zimna. Szarość zagląda w nasze okna. Odpalamy więc się inne okna na świat. A tam? Polityk politykowi politykiem. Polak Polakowi Polakiem. Skąd bierze się w nas ta wielka chęć dyktowania innym sposobu na życie? Z nudy? A może tylko z tej jesiennej szarości? Może, gdyby zamiast modlitwy o zdjęcie z afisza  – podobno – pełnej orgii sztuki, pomodlić się/pomedytować (do wyboru) zbiorowo, (może być i przed jakimś teatrem, czemu nie?) o mądrość? Skoro Bóg jest miłością, to na pewno użyczy nam odrobinę rezonu i będzie lepiej. Mądrzej. Bardziej merytorycznie. Mniej nienawistnie. Możemy też pomodlić się/pomedytować (do wyboru) o poniechanie pychy, która to sprawia, że czujemy się władni, aby innym mówić, jak żyć i na jakie sztuki teatralne chodzić. Możemy?

 

Postaram poprawić sobie i Wam nastrój – ciągle pozostając w tematyce związanej ze sztuką. Otóż, miłościwie panujący nam obecnie politycy planują stworzyć wielki, patriotyczny, hollywoodzki film. Jestem za. Oczywiście, nie zapomnę i nie zaneguję nigdy wielkości Kieślowskiego, którego dzieła oglądał cały świat. Dla mnie zawsze dobre będzie to, co dobre, nie zaś przede wszystkim polskie. Takim kryterium ocenię ową przyszłą, wielką, patriotyczną produkcję. Publiczne pieniądze, to pieniądze wszystkich, nie tylko wyborców aktualnie panującej nam partii. Dlatego wierzę, że ów wielki, kinowy obraz będzie uwzględniał cały naród i jego różnorodność.  Że nie będzie to film, w którym zobaczymy szpetny obraz patriotyzmu zadętego, wykluczającego, wywyższającego się, wręcz bijącego. Że nie odciśnie się na nim piętno polskiej kołtunerii i kompleksów. Mam nadzieję. Nie pozostaje nam nic więcej, niż czekanie na „właściwego człowieka”, który stworzy dla nas i o nas piękną fabułę. Bajkę, w której wszyscy się odnajdziemy.

 

Ach, te plotki, nadinterpretacje tłumów….

WP_20151126_19_07_56_Pro-001

 

 P.S. Każdy z nas oglądał wielkie, hollywoodzkie produkcje. Jak Wy wyobrażacie sobie taki polski film? Przyznaję, że ciekawa jestem sposobu podejścia do kwestii cielesnych, gdyż temat ten jest ciągle pewnym tabu w naszym kraju. Nie tylko w naszym – dotyczy to każdej kultury, na którą duży wpływ miała i niezmiennie wciąż ma tradycja religii katolickiej. Zapewne dlatego właśnie część społeczeństwa uznała – nie widząc spektaklu noszącego tytuł: „Śmierć i dziewczyna” – że uderza on w chrześcijaństwo. Czy erotyka powinna zostać ocenzurowana w naszym katolickim kraju? Zabroniona? Zanim odpowiecie, pamiętajcie, że w sztuce erotyka jest tylko pretekstem. Nie należy więc mylić ani porównywać przeznaczenia filmów „dla dorosłych” z rolą dzieł sztuki wyższej, w której jako środek wyrazu zostaje użyta erotyka. Z ciekawością czekam na Wasze pomysły.

 

 

 

 
Komentarze (39)

Napisane w kategorii Proza zwykłych dni.

 
 

  • RSS