RSS
 

Piękno siódmego marca

07 mar

 

 

Stoję w kolejce do kasy w niewielkim markecie.

- Proszę pani! Proszę pani!

Obcy mężczyzna rzuca mi błagalne spojrzenie.

- Niech mnie pani wpuści przodem, spieszę się, ja tylko z tymi kwiatkami, a pani ma tyle tego…

Biedak nie wygląda najlepiej. Czoło poprzecinane głębokimi bruzdami pokrywa warstwa błyszczącego potu, okulary noszą na jednym szkle wyraźny odcisk opuszka palca.

- Naturalnie.

Mówiąc to odsuwam się pół kroku w bok, robiąc przed sobą przestrzeń dla nieznajomego. Przy kasie stoi właśnie babcia z wnuczką, która usiłuje wymusić na staruszce zakup dużej paczki chipsów. Mężczyzna zajmuje miejsce w niewielkiej kolejce i z westchnieniem ulgi zdejmuje poplamione okulary.

- Gdzie one mi się tak upaprały…

Wyciągając paczkę chusteczek upuszcza bukiet składający się z różnokolorowych tulipanów.  Nieznajomy jest niezdarny i bardzo uroczy w tej swojej niezdarności. Najwyraźniej tego dnia martwa materia stawia mu ciągły opór. Podnosząc bukiet nawet nie zauważa, że z kieszeni płaszcza właśnie wypadł mu telefon komórkowy. Schylam się i podaję mu zgubę.

- To mój ulubiony telefon. Wie pani, taki zabytek bez internetu. Żona mówi mi, że gdyby nie ona, to ja bym ciągle oświetlał dom lampą naftową, taki jestem odporny na nowinki cywilizacyjne.

Fajtłapa okazuje się niezłym gadułą. To zaskakująco miła odmiana po uprzednim wysłuchaniu kilkudziesięciu próśb przyszłej ofiary wysokiego cholesterolu, jęczącej:

- Babciu, no kup mi te chipsy! No kup je!

Swoją drogą od razu widać, od kogo mała odziedziczyła upór. Babcia nie ustępuje nawet na milimetr. Nie rusza ją nawet argument z tych „poniżej pasa”, typu:

- Ale mama mi kupuje! Tata też! I ja ich baaardzo za to kocham!

Słowa nieznajomego zagłuszają coraz cichsze werbalne naciski wnuczki na babcię.

- Wszędzie szukałem tulipanów w takich kolorach, wie pani, takie były pierwsze kwiaty, jakie kupiłem żonie. Nawet nie kupiłem tylko załatwiłem. Nie było łatwo, wtedy to wszędzie tylko goździki królowały. Ładne, prawda?

Wyciąga pod mój nos lekko zmiętolony już bukiet.

- Ładne. Żona na pewno się ucieszy.

Nieznajomy mruczy coś niezrozumiale pod nosem, a ja udaję, że nie widzę jego specyficznego „splątania”. Babcia z marudzącą, niezadowoloną (ale w perspektywie czasowej na pewno zdrowszą)wnuczką znikają za rozsuwanymi drzwiami, do kasy zaś podchodzi młoda kobieta usiłująca opanować pokaźną stertę drobnych zakupów. Za nią stoi nieznajomy i ja. Mężczyzna pociera w roztargnieniu czubek swojej skąpo owłosionej głowy.

 - Ucieszy albo  i nie ucieszy!

Nieznajomy niemal wykrzykuje trapiące go zmartwienie. Uśmiecham się – mężczyzna, niezamierzenie, jest bardzo zabawny. Bukiet znowu ląduje na podłodze.

- Bo widzi pani, ona wie, że dostanie takie kwiaty na Dzień Kobiet!

- To chyba nic złego…

Pocierając palcem zewnętrzne szkło okularów mężczyzna kontynuuje :

- Ale ona chce być w końcu chociaż raz zaskoczona, tak mi wczoraj powiedziała. Bo – podobno – stałem się nudziarzem.

Powstrzymuję śmiech, tymczasem pan zabiera się za wycieranie zabrudzonych w roztargnieniu szkieł okularów. Nie przepadam za nieznajomymi gadułami, którzy bombardują człowieka lawiną narzekań na zastaną rzeczywistość. Ten mężczyzna z całą pewnością nie jest malkontentem. Jego roztargnienie jest naturalne, zaś trapiące go rozterki – po prostu rozbrajające.

- Ale ja wymyśliłem! Dzisiaj w parku, z wnukiem. Samo przyszło, jak zająłem się uciekającym mi szkrabem.

Młoda kobieta celowo opóźnia odejście z zakupami. Słucha nieznajomego, tak jak ja i jeszcze kilka osób w pobliżu.

- Co wymyśliłem?

Szelmowski uśmiech wpełza na twarz pobrużdżoną głębokimi zmarszczkami i rozświetla ją jak latarnia.

- Ja jej dzisiaj dam te kwiaty! SIÓDMEGO!

Kasjerka nie wytrzymuje  i zaczyna chichotać. Nie kryjąc swojego rozbawienia chwalę zamysł mężczyzny:

- Sprytne.

- Będzie miała niespodziankę ta moja kochana Ania, oj, będzie, prawda?

Bukiet ląduje po raz trzeci na podłodze. Tym razem podnoszę go zanim nieznajomy upuści kolejną rzecz. Kasjerka nabija zakup mężczyzny na kasę. Nie mogę oprzeć się pokusie i pytam:

- Które to już państwa święto kobiet?

Nieznajomy drapie się po nosie (zahaczając niebezpiecznie o okulary, jakżeby inaczej) i po chwili namysłu odpowiada:

- Czterdzieste drugie…

Z uśmiechem gratuluję imponującego miłosnego stażu. Nieznajomy podnosi wskazujący palec na wysokość swojej twarzy i głosem przepełnionym radością, z namaszczeniem cedząc poszczególne słowa, dodaje:

- Ale pierwsze takie, kiedy zaskoczę moją Anię!

 

Nieznajomy odchodzi trzymając blisko ciała kolorowy bukiet „po przejściach”.

- Jak ja bym chciała takiego nudziarza.

Kasjerka wzdycha odprowadzając wzrokiem postać mężczyzny. Przez szklaną szybę widzę, jak bukiet po raz kolejny ląduje na ziemi.

- Teraz już takich nie produkują, ale pomarzyć można…

Autor tych słów, młody chłopiec z łobuzerskim uśmiechem na twarzy, puszcza do mnie „perskie oczko”. Rozmarzenie kasjerki mija w ułamku sekundy. Wlepia oczy w młodzieńca, jakby zobaczyła ufo.

 

Naprawdę nie wiem, dlaczego odgórnie założyłam, że dzisiejsze zakupy będą nudną, rutynową sprawą „do odhaczenia”. Świat jest różnorodny. I dzięki temu taki piękny.

 

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Proza zwykłych dni.

 

Co się dzieje z człowiekiem, gdy doświadczy katastrofy?

16 sty

 

 

 Ubiegłej nocy usnęłam na kilkanaście minut, potem już zbyt bardzo się bałam. Znowu śnił mi się koszmar. Z sercem w gardle powlokłam się do lodówki. Kilka łyków zimnej wody, parę głębszych oddechów i znowu wróciłam do łóżka. Mężczyzna spał, jednocześnie prowadząc z kimś zażartą dyskusję. Zdarza mu się to zawsze, gdy jest bardzo zmęczony. Nigdy nie pamięta tych swoich sennych rozmów. Pochylam się nad nim, starając się zrozumieć poszczególne słowa wyrzucane z gniewem, zdziwieniem, a czasem „dzikim” śmiechem. Mój trud jest daremny. Delikatnie dotykam jego czoła, policzków. To pomaga, chociaż nie na długo. Podkładam pod swoje plecy stos poduszek i moszczę się do nocnej lektury. Wybieram jeden z „zaległych” numerów ulubionego miesięcznika, jednak tuż obok leży również powieść Irvinga. Mija kolejnych kilka minut, gdy dociera do mnie to, że nie mam większych szans na skupienie uwagi na tekście. Gdzie się podziała moja legendarna koncentracja? Pamiętam, jak w okresie sesji egzaminacyjnych, na studiach, bez problemu potrafiłam przygotować się na najtrudniejsze egzaminy przy wtórze radia i kilku dyskutujących, również ze mną, osób. Jestem mistrzynią skupienia oraz cierpliwości. Niestety, wygląda na to, że moje – bardzo przydatne – umiejętności trafił szlag. Ostatnie dni to istna huśtawka nastrojów obrzydliwie i gęsto przyozdobiona moimi nagłymi wybuchami gniewu. Te emocje pojawiają się nagle, ot, przyspieszone bicie serca, dłoń, z której wylatuje to, co akurat się w niej wtedy znajduje, białe plamy przed oczami przynoszące duszności i potworne mdłości często kończące się wymiotami. Na fizyczne objawy częściowo pomaga kucnięcie, zwinięcie się w kłębek i porcja tlenu mojego psa. Na emocje – nic.

To dopiero kilka dni. Słyszę, jak ludzie żartują sobie z katastrofy. Czasami też się śmieję. Wtedy słyszę mój głos, jak przez ścianę. Potem muszę się skulić, chociaż na kilkanaście sekund. Bywa, że ktoś do mnie mówi:

- Zapomnij o tym, pomyśl, że tego nie było.

Takie dobre rady mają to do siebie, że nie są wcale dobre. Są nieużyteczne. Mój mózg i ciało nie potrafią zapomnieć. Ciągle są w stanie gotowości. Dlatego nocami, w chwilach krótkiego snu, biegnę. Dlatego w nich umieram. Wczoraj zarówno biegałam, jak i udawałam martwą, żeby bezcielesny „wróg” ze snu nie chciał mnie „dobić”. Dzisiaj obudził mnie inny senny obraz. Widziałam, jak wybucha samochód, w którym siedziała cała rodzina jednych z moich ulubionych sąsiadów. Chwilę wcześniej machałam do nich ręką, pozdrawiałam, a potem był wybuch. Straszny, a ja znowu uciekałam. To nie są najgorsze sny. W tych najstraszniejszych jestem bezsilna i boleśnie świadoma tego, że zaraz spłonę. Nie od razu, najpierw spadnie na mnie sufit, potem zawalą się ściany. Ulga, jaką odczuwam, gdy budzę się z koszmaru, nie jest wielka. Długo kulę się, żeby uspokoić oszalałe serce.

Co się dzieje z człowiekiem, który przeżywa ogromny, gwałtowny stres? Takim, do którego w ciągu kilku chwil, paru uderzeń serca, dociera ogrom śmiertelnego zagrożenia, w którym nagle się znalazł? Człowiekiem walczącym z paraliżującą świadomością bezsilności w obliczu niezrozumiałej katastrofy? Nie jestem w stanie opisać takich kilku minut. Tego łomotania serca, przeraźliwego bólu płuc, które pracują tak, jakby chciały zaczerpnąć powietrza „na zapas”, boleśnie napiętych mięśni całego ciała… Sekund, potem minut bezradności i strasznej samotności. Uciekaj albo zgiń? Zostań albo zginiesz? Nie sposób opisać wagi świadomości, że najdrobniejsza błędna decyzja będzie kosztować nas WSZYSTKO. Nie podejmę się opisania przeraźliwego zimna lodu, który płynie w tamtych chwilach w żyłach zamiast gorącej krwi.

Co się dzieje, gdy uda się jednak przeżyć katastrofę? Dzieje się WSZYSTKO. Wszystko, czyli co? Radość, szczęście, może przychodzi ulga? Nie, przede wszystkim „dzieje się” GNIEW i PRZERAŹLIWY STRACH, który wydaje się doganiać, przeganiać inne emocje. Lęki nie żyją w szpecących, groźnie wyglądających pęknięciach ścian, czy też w ostrych, powykrzywianych fragmentach spalonej blachy zaściełającej trawnik. Strach żyje w żyłach, wypełza przy wtórze głośnego, szybkiego bicia serca. Odczuwana groza jest gniewna i zimna. Nieustannie mrozi całe zmartwiałe, ogłupiałe ciało, które uparcie nie chce przyjąć do wiadomości teraźniejszości. Grozy nie uspokaja fakt przetrwania.

 

Gdy przeżyjesz katastrofę możesz liczyć nie tylko na koszmary wyrosłe na żyznej glebie strachu i gniewnej niezgody na swoją śmiertelność. Zobaczysz, jacy są ludzie. Zasypie cię troska o Twoje samopoczucie wielu, często bardzo powierzchownie dotąd znanych, dobrych, współczujących ludzi. Jednak musisz być również gotowy na atak „plotkarskich hien”. Najbardziej prymitywni będą otwarcie domagać się „szczegółów”.

- Co jest zniszczone?

- A tak DOKŁADNIEJ, to CO się rozleciało?

Natrętnie, nachalnie powtarzane pytania obcych ludzi, którzy nie widzą brzydoty moralnej w swojej ciekawości. Czy trzeba samemu przeżyć coś strasznego, żeby zrozumieć, wręcz poczuć „smród” takich „dociekań”? Co z empatią? Tyle razy słyszę, że ma ją każdy i tyle razy życie udowadnia, że to nie jest prawda, tylko zwykła g…o prawda.

Gdy w medialnych relacjach usłyszałam doniesienia mówiące o tym, że dzięki sprawnej ewakuacji mieszkańców, nikomu nic się nie stało, poczułam wściekłość. Mimo tego, że groźba wybuchu prawdopodobnie znana była już od kilkudziesięciu minut, nikt mnie o niej nie uprzedził. Nic nie wiedziałam o zbliżającym się nieuchronnie wielkim niebezpieczeństwie bezpośrednio zagrażającym mojemu zdrowiu i życiu. Nie zostałam ewakuowana. Nikt nie podjął nawet takiej próby. Lekko uchylona tamtego dnia brama nikogo nie skłoniła do sprawdzenia, czy w domu stojącym najbliżej miejsca zbliżającej się wielkimi krokami katastrofy* ktoś jest. Zostałam sama. Zdana tylko na ślepy przypadek. Nikomu nie oderwało głowy, ręki, czy nogi. Wielkim, bolącym mnie kłamstwem jest jednak mówienie, że „nikomu nic się nie stało”. Byłam w domu, gdy miały miejsce wszystkie wybuchy, a za moimi oknami szalały jęzory strasznego ognia i latały odłamki metali. Nigdy nie zapomnę tych dźwięków, syku, huku, wstrząsów i widoku piekła z okien. Gdy myślałam, że moje emocje sięgały już zenitu, głos Mężczyzny z telefonu uświadomił mi jeszcze większe, grożące mi ryzyko. Wybuch zbiorników z benzyną i ropą. Nie potrafię spokojnie słuchać wypowiedzi radośnie podkreślających konkluzję o tym, że „nic się nikomu nie stało”. To wielkie niedomówienie rodzi we mnie kolejne pokłady gniewu.

 

 Z przewijający się przez nasz dom pracowników różnych służb padały pytania o koszty. O to samo zapytał przesłuchujący mnie funkcjonariusz policji**. Koszty? Mam wyliczyć koszty? Czego? Mojego przerażenia? Bezradności? Świadomości bezsilności wobec ognia i latających ze świstem w powietrzu metali? Siły wstrząsów, które szarpały zarówno całym domem, jak i moim ciałem? Czy może wycenić ciężar trapiących mnie, zawsze doganiających nocnych koszmarów? Wszystko można kupić. Ściany można rozkuć, zburzyć i postawić nowe. Wybite okna wstawić. Usunąć metal zaściełający trawnik i dach. Co zrobić, jak naprawić poczucie bezpieczeństwa? Nie wiem. Na dzień dzisiejszy mam tylko strach, który współzawodnicząc z gniewem, nie pozwala mi spokojnie zasnąć. Nachalną świadomość niepewności zakłócającą zwykłe, codzienne bytowanie. Ile kosztuje pozbawienie mnie poczucia bezpieczeństwa we własnym domu? Utrata wewnętrznego spokoju, bez którego nic zdaje się nie mieć sensu?

 

Nie znam odpowiedzi na żadne zadane przez siebie powyżej pytanie. Przeżyłam straszną grozę, która wciąż trwa i trwa. Wydaje się, że nie ma końca. Wczoraj wieczorem zawyły syreny strażackie. Zaczęłam biegać po domu, nie wiedząc, gdzie się ukryć. To by było nawet zabawne, prawda? Ale nie jest. Kończę pisać*** i wiem, co za chwilę zrobię. Zwinę się w kłębek. Chociaż na kilka chwil.

 

 

 

 *Wybuch stacji benzynowej.

**Dziękuję panom policjantom, za delikatność i profesjonalizm w kontakcie z drugim człowiekiem, który właśnie przeżył koszmar. Wielką empatią wykazał się zarówno młody funkcjonariusz, który spisywał moje zeznania, jak i dwaj inni funkcjonariusze, którzy dokumentowali szkody. Dziękuję.

***Jak dotąd posłuchałam tylko jednej rady, która zabrzmiała bardzo klarownie: „Usiądź i pisz!”. Mój gniewny protest został zignorowany. Więc usiadłam i napisałam.

 

 

 

 

 
Komentarze (16)

Napisane w kategorii Proza zwykłych dni.

 

Zimne, ludzkie serca

09 sty

 

 

Jest zimno. Termometr pokazuje minus dwanaście. To pestka, w porównaniu do temperatury serc niektórych ludzi. Ciągle spotykam się z przekonaniem, że pies nie odczuwa zimna. Niezmiennie przyprawia mnie to o rozpacz. Nie ma takiej zimy, abym nie natknęła się na przykłady bezmyślności, znieczulicy opiekunów czworonogów.

Przykładów mogę podać wiele. Kilka lat temu zapytałam jednego z sąsiadów o to, gdzie się podziewa pies, z którym zwykle, po powrocie z pracy, spacerował  po nadrzecznych łąkach za naszymi domami. Suczka ta miała niezwykle przyjacielski, radosny charakter. Zauważając z odległości kilkudziesięciu metrów mojego Diamenta, natychmiastowo rozpoczynała szaleńczy bieg w jego kierunku. W większości przypadków nie udawało jej się wyhamować w odpowiednim miejscu. W wyniku tego, obydwa psy lądowały na trawie. Zaskoczenie Diamenta za każdym razem było komiczne. Euforia suczki – przepiękna, bardzo wzruszająca.

- Już jej nie mam.

Głos starszego mężczyzny wyrażał smutek i zdziwienie. Początkowo myślałam, że suczka udała się na  „wagary”, co często jej się zdarzało. Myliłam się. Prawdy o nagłym zniknięciu psa dowiedziałam się kilka dni później. Jej opiekun, przed wieczornym wyjazdem z domu, uwiązał ją przy siatce na jakimś sznurku. Podobno zrobił to, żeby nie uciekła przez otwartą bramę na ulicę. Wieczorem, po powrocie do domu, zapomniał o przywiązanym do siatki psie. To była mroźna, zimowa noc. Rano suczka była już martwa. Ze smutkiem słuchałam opowieści o ludzkim okrucieństwie. Czarę goryczy przepełniły słowa młodego człowieka, który przekazał mi te przykre informacje.

- Żeby pies zdechł tak z zimna?

Nie przytoczę w tym miejscu słów, które wtedy popłynęły prosto z mojego serca. Nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy, z jakim zostawiłam na chodniku zszokowanego „informatora”.

 

Kolejny przykład nie dotyczy mieszkańców wsi. Jedna z dawnych znajomych, jeszcze z czasów liceum, ciągle wstawiała na portalu społecznościowym zdjęcia swojego psa, owczarka niemieckiego o pięknych i mądrych oczach. Dzięki temu byłam świadkiem jego szczenięcych wybryków (zdjęcia pogryzionych szpilek), dorastania i pierwszej ucieczki za „pachnącą” suczką (fotka czworonoga z rozdzierającym apelem o pomoc w odnalezieniu ukochanego pupila). Trzy lata temu dałam się namówić na kawę w nowym domu znajomej. W końcu miałam poznać jej „ciasteczko/słodkości” (nazewnictwo własne czworonoga opiekunki). Po przejściu przez furtkę zobaczyłam niewielkie, wypielęgnowane podwórko i miłą dla oka, nowoczesną bryłę nowego domu. Była jesień i w salonie uroczo trzaskał ogień w kominku. Rozejrzałam się, szukając legowiska ulubieńca pani domu.

- A gdzie on śpi?

Palcem wskazałam na owczarka, który leżał na tarasie, „przyklejony” do zewnętrznej strony szyby rozsuwanych drzwi wychodzących z salonu wprost na ogród.

- Tam.

Nie zrozumiałam.

- W sypialni?

- Nie, tam.

Okazało się, że opiekunka nie znalazła miejsca dla swojego ukochanego psa w pachnącym nowością, modnym domu. Usłyszałam coś o egzotycznych, delikatnych deskach i białych, łatwych do poplamienia dywanach. Przez chwilę myślałam, że kobieta tak sobie tylko żartuje. W końcu dotarło do mnie to, że pies rzeczywiście mieszka na wykładanej ozdobnymi kamieniami werandzie. Dorastał w niewielkim mieszkaniu w bloku, gdzie spał w łóżku swojej opiekunki, teraz zaś – od niemal dwóch lat  - mieszkał na podwórku, przyklejony do szklanych drzwi, przez które mógł obserwować grzejącą się przy kominku rodzinę. Na działce nie było budy. Gdy zapytałam, dlaczego, usłyszałam radosne:

- Przecież psy nie marzną!

Jak byście zareagowali na moim miejscu? Jak??? No, ja tak nie zrobiłam  ;-) Postawiłam na spokój i edukację. Trudno było mi powstrzymać na wodzy oburzenie, jednak spokojem „wygrałam” dla psa ciepłą budę. Widziałam ją na własne oczy. „Miałaś rację, on nie wychodzi z niej na krok, chyba, że na spacer!” –  tydzień po wizycie na mojej skrzynce mailowej znalazłam zdjęcie owczarka, który smacznie spał w ciepłej budzie. Jedno nieszczęście mniej :-)

 

Z kolejnym przykładem wracam na wieś. Dwa lata temu walczyłam o budę dla wielkiego, rudego psa, którego właściciele uznali, że staremu zwierzakowi nie należy się już skrawek dachu nad głową i miękkie posłanie pod starymi kośćmi. Nie pomogła rozmowa z kręcącym się po tamtym podwórku starszym mężczyzną.

- Już stary jest, zaraz i tak zdechnie.

Tyle miał mi do powiedzenia mężczyzna ubrany w ciepłą kurtkę, czapkę i rękawice . Obok zagrody rudego olbrzyma był drugi kojec, w którym mieszkały dwa młode owczarki. To one dostały budę staruszka, gdy właściciel uznał, że czas rozdzielić rodzeństwo. Zgłosiłam sprawę na policję. Następnego dnia ponowiłam zgłoszenie, bo pies wciąż był bez dachu nad głową. Ktoś poinformował mnie, że sąsiadem właściciela był policjant, któremu zgłaszałam sprawę. Poczułam wściekłość oraz wielką bezradność. Nie poddawałam się, byłam uparta i nachalna. Dopiero po kilkunastu dobach buda ponownie pojawiła się w zagrodzie rudego staruszka. Myli się ten, kto pomyśli, że opiekunowie psa byli biedni. Ci stosunkowo młodzi i raczej zamożni ludzie, najwidoczniej uznali, że nie warto zajmować się komfortem starego zwierzaka. Pamiętam, jak parę lat wcześniej chodzili z tym psem po okolicznych łąkach. Wtedy często słyszałam, jak wykrzykiwali do niego następujące słowa:

- Dobry pies!

Rudy olbrzym zmarł zaraz po tamtej zimie. Owczarki są jeszcze młode i nikt im bud znad głów nie zabiera. Do czasu? Zobaczymy.

 

Na zakończenie – przykład z „mojego podwórka”.  Namówiłam znajomą, aby pomogła mi przy moich „bezdomniakach”. Przyszedł najwyższy czas, by ich budy napełnić pachnącym latem, ciepłym sianem. Udało mi się załatwić tego tak wiele, że z trudem uklepałam całą tę aromatyczną masę. Wtedy usłyszałam:

- Po co im nałożyłaś aż tyle?

- Żeby miały ciepło, wygodnie, zaraz będą mrozy.

- Ale po co tego tyle, tam wiązka by wystarczyła, tak tylko dla miękkości, jak będą leżeć, przecież one tak wcale nie marzną…

Zaczęłam tłumaczyć. Nawet na chwilę z twarzy kobiety nie znikał pełen niedowierzania uśmieszek. Wiem, że nic do niej nie dotarło.

 

Jak wytłumaczyć ludziom błędność tego powszechnego wciąż mniemania o tym, że „pies nie marznie”? Nie ma jednego dobrego sposobu. Po prostu należy to robić – tłumaczyć. Może czasami uda się i ktoś to zrozumie. Jeżeli nie, to może chociaż poczuje zwykły wstyd i zadba o budę dla swojego psa, żeby mieć „święty spokój” od ludzi mojego pokroju  ;-) Jedno jest pewne – nie można przechodzić obojętnie obok ludzkiej niewiedzy, okrucieństwa, czy też prozaicznej głupoty. Obojętność to nasza cicha zgoda na zło. Pamiętajcie o tym.

 
Komentarze (17)

Napisane w kategorii Proza zwykłych dni.

 

Żeby pasowała do koloru posłania

17 gru

 

 

Kilka tygodni temu znalazłam maleńkiego kota. Był w opłakanym stanie. Maleństwo od około trzech godzin siedziało tuż przy jezdni, moknąc w strugach jesiennego deszczu. Mieścił się w mojej lewej dłoni, gdy niosłam go do domu. Palce plamiła mi jego krew.

W ciepłym pokoju delikatnie obejrzałam skamieniałego z zimna i przerażenia kotka. Jego brzuszek przecinały liczne nacięcia, z których sączyła się krew. Jedno oko miał znacznie mniejsze od drugiego, zapuchnięte i mętne. Nie wyglądało to dobrze.

Zawsze zadziwia mnie ufność rannych zwierząt. I tym razem nie było inaczej. Mała, czarna kulka z anielską cierpliwością znosiła moje liczne zabiegi, aplikacje leczących mikstur na skórę oraz do żołądka. Zdawałam sobie sprawę z tego, jak bardzo cierpi, gdy wielokrotnie w ciągu kolejnych dni oczyszczałam mu ropiejące, głębokie rany brzuszka. Czasami poskarżył się cichutkim piskiem i tyle. Ani razu mnie nie udrapał, nie wyrywał się, nie uciekał. Wiedział, że mu pomagam.

 

Matką, w ciągu kilkunastu następnych, ciężkich dni, został dla małego stworzenia Diament. Mój olbrzymi pies z ogromną ostrożnością i uwagą chronił kotka przed zagrożeniami, jakie niósł mu świat zewnętrzny. Do tych niebezpieczeństw można było zaliczyć nieznaną maleństwu „topografię” domu, wyziębienie osłabionego organizmu, jak i ryzyko zatargu z niezadowolonym, a także szalenie zazdrosnym Drogą, wielkim kocurem, który nie znosi obecności innych kotów na swoim terenie. Kotka (jak się w końcu okazało po dokładnych oględzinach) całe godziny spędzała ukryta w sierści mojego psa o dobrym sercu. Tak minęły nam prawie dwa następne tygodnie.

 

Przyszedł taki moment, gdy z ran na brzuszku przestała sączyć się ropa – nastał czas zdrowienia. Kocię było tak bardzo zapatrzone w swoją psią mamę, że musiałam zmierzyć się z kolejnym problemem. Został nim pokarm, którego spożywania kocię odmawiało. Dlaczego? Maleństwo uznało, że jedynym dobrym jedzeniem jest tylko to, którym posila się Diament. Udawałam więc, że wyciągam np. kocie paszteciki z miski psa :lol:  Z czasem stałam się na tyle wiarygodna w tym „przekręcie”, że kotek przytył i zaczął nareszcie odczuwać „właściwe” łaknienie. Uff…

Rany na brzuszku nareszcie zagoiły się, zaś delikatną skórę tej części ciała pokrył subtelny meszek. W którymś momencie Diament uznał, że nie musi już być nadopiekuńczy i zaczął wychodzić z przyszywanym dzieckiem na podwórko. Pod jego czujnym okiem mała kotka zaczęła, krok po kroku, poznawać świat zewnętrzny. To zawsze są takie śmieszne, urocze chwile, gdy można obserwować zachwyt młodego stworzenia nad drobiazgami typu zasuszony liść sumaka, prawda? Niestety, nad głową kotki ciągle wisiało poważne zagrożenie w statecznej osobie kota Drogi, który uznał za swoją misję wypędzenie w „siną dal” nowego domownika. W końcu,  zmuszona rosnącą agresją dorosłego kota, rozpoczęłam poszukiwania nowego, dobrego domu dla maleństwa.

Zaczęłam od internetu – niestety nie dało to żadnego wymiernego rezultatu. W końcu wydrukowaliśmy zwyczajowe ogłoszenia, którymi udekorowaliśmy całą naszą miejscowość. Skutek był natychmiastowy. Telefon dzwonił od samego rana. Postanowiłam zaufać instynktowi.  Ostatecznie kotka pojechała do domu pewnego starszego pana. Dzięki dobremu spojrzeniu tego człowieka oraz pocieszającej świadomości, że maleństwo zamieszka kilometr ode mnie, bez wahania (za to ze smutkiem)w końcu wypuściłam ze swoich ramion „znajdkę”.

 

 Wieczorem, tego dnia, w którym kotka zalazła nowy dobry, dom, wyruszyliśmy  pozdejmować ogłoszenia. Przed wyjściem z domu zadzwonił mój telefon.

- Dzień dobry, ja w sprawie kotki z ogłoszenia.

- Dzień dobry, kotka…

- A jaki ona ma kolor?

Kobieta mówiła szybko, nerwowo, nie czekając na moje odpowiedzi.

- Bo wie pani, ja to chciałam koniecznie szarą! Bo będzie mi pasować i do posłania, i do wszystkiego!

Ogłoszenia, które rozwiesiliśmy w okolicy, zawierały zdjęcie kota wraz z opisem – trzema, krótkimi, rzeczowymi zdaniami.

- Kotka była czarna.

- Uuuu, czarna? Czarna to nie bardzo, bo szarą chciałam, żeby nie psuła mi wszystkiego kolorystycznie.

W głosie kobiety słychać było wyraźnie zawód.

- Kotka już pojechała do nowego domu. Nie ma jej.

- To szkoda, a nie ma pani innej jakiejś, tylko koniecznie szarej?

Rozłączyłam się. Zrobiłam to tylko i wyłącznie ze względu na stan swoich, już wyraźnie nadwątlonych, nerwów. Niestety, pani była uparta i zadzwoniła raz jeszcze.

- Coś nas rozłączyło, ja w sprawie szarego…

Tym razem to ja jej nie dałam dokończyć.

- Nie coś, tylko ja – to po pierwsze. Po drugie  - proponuję, żeby pani kupiła sobie szarą maskotkę wielkości kota, to będzie pani pasowała do mieszkania, legowiska i czego tylko pani zechce. Proszę zrobić przysługę światu i nie szukać żywego, czującego stworzenia „do koloru” mieszkania. A tak w ogóle to kotka była czarna. Do widzenia!

Rozłączyłam się. Wiem, mogłam postarać się wytłumaczyć kobiecie, dlaczego zwierzęta nie powinny stanowić dodatku do mebli. Może coś by do niej dotarło? Tego już się nie dowiem.

 

 Mam nadzieję, że postawa tej pani to wyjątek od reguły. Wychowując się na wsi, wielokrotnie widziałam, jak traktowano zwierzęta niczym ożywione zabawki, przedmioty, które nie czują bólu. Przypuszczam, że normy społeczne w tej kwestii uległy zmianie na lepsze. Mam nadzieję, mimo, że jest ona podszyta wieloma wątpliwościami. W tek kwestii na nic więcej mnie nie stać. Zbyt wiele w swoim życiu widziałam ludzkich okrucieństw wymierzonych w „braci mniejszych”.

 

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Proza zwykłych dni.

 

Moce cudownej kobiety

09 gru

 

 

 

- Kim bylibyście, gdybyście mogli mieć super moce?

To niewinne pytanie wywołało żywą dyskusję.

- Człowiekiem – pająkiem!

- E tam, nikt nie przebije Halka!

- Do pięt ci wasi nie umywają się do Supermana!

W tym nielicznym, jednak gwarnym towarzystwie rozgrzała gorąca licytacja cudownych mocy, jakimi władają filmowi super bohaterzy. Dyskusja najmocniej pobudziła (powiedzmy umownie, że intelektualnie) panów. Co chwilę wybuchali gromkim śmiechem walcząc o uznanie wyższości swojego wyboru nad innymi, posługując się argumentami typu:

- Jak bym miał moc człowieka – pająka, to żona nie miałaby szans zauważyć mojego wypadu na piwo z kolegą. Wystarczyłoby otwarte okno i kawałek ściany.

- Jakbym miał nadludzką siłę, to wreszcie przestałbym bać się teściowej, która ma większy biceps ode mnie!

Gwar, jaki co chwilę wybuchał przy naszym stoliku, zaczął ściągać karcące spojrzenia jednej z kelnerek. W poniedziałkowy, wczesny wieczór knajpa świeciła pustkami. Blisko nas siedziała para ludzi w podeszłym wieku, która od paru minut otwarcie słuchała męskiej „licytacji na moce”.

- No dobra, a co z kobietami? Nikt z was, panowie, nie chce zostać Wonder Woman? Nie krępujcie się, mamy dwudziesty pierwszy wiek…

Panowie przez chwilę wyglądali na autentycznie zdezorientowanych.

- Co takiego? Wonder Woman? Nie zmyślaj!

Szybko uwodniłam im istnienie cudownej kobiety pokazując odpowiednią stronę internetową.

- Ściema!

Mimo męskich niby – protestów, głośno przeczytałam listę cudownych mocy super bohaterki. Jeden z panów przerwał moją wyliczankę:

- Przepraszam, stój, nie czytaj dalej! Ja już wiem!

Panowie porozumiewawczo obrzucili się spojrzeniami konspiratorów rodem z piaskownicy.

- Wiem, jak wyglądają super moce tej Wonder Woman! Wyobraźcie sobie taką scenę z życia rodzinnego. Niedziela południe, ona, żona, w wałkach na głowie stoi nad garnkiem rosołu. On, głowa rodziny, w gustownej „żonobijce”, niegdyś białej, poplamionej sokiem z jedzonych rano parówek ze „Stonki”, siedzi przed telewizorem oglądając powtórkę „Łebskich”. Nagle wstaje i wchodzi do kuchni po piwo, bo strasznie go suszy po wczorajszej wódce ze szwagrem.

- Teraz ja!

Drugi z panów podejmuje wątek, krztusząc się od powstrzymywanego śmiechu.

- Mąż zagląda do lodówki i krzyczy: „Kobieto, gdzie moje piwo!”. Żona, z twarzą czerwoną od pilnowania gara rosołu zalewa się łzami, bo właśnie uświadomiła sobie, jak wielki i karygodny błąd zaniedbania popełniła. Chłop, wypluwając z siebie żale przystrojone obficie w niecenzuralne epitety mające dobitnie podkreślić jego wielką krzywdę (typu: „Ja p…….! Człowiek k…. haruje, jak wół, cały tydzień…”), już napręża sflaczałe resztki bicepsa, poważnie rozpatrując w duchu sprawę ukarania leniwej połowicy. Ale wtedy z lodówki wychodzi ona – Wonder  Woman – krzycząc: „Ja to załatwię” i wybiega z mieszkania. Bierze rowerek jakiegoś dzieciaka stojący na klatce, po czym pedałuje na nim do najbliższej „Stonki”. Tam wrzuca zgrzewkę piwa ekskluzywnego po złoty pięćdziesiąt, które ma niezwykłą moc zaspokajania najbardziej wytrawnego pragnienia każdego nosiciela (niegdyś śnieżno białe) „żonobijki”. Potem znowu wsiada na rowerek i wraca do naszej, walczącej z niedzielnym kryzysem, rodziny.  Nim się małżonkowie obejrzą, zaledwie po jakiejś godzinie, półtorej, Wonder Woman (po drodze mijała sklep z butami i trochę jej zeszło…) zwycięsko otwiera butelkę piwa o swój jedyny, za to super mocny, przedni ząb (dzięki magicznym mocom mając pewność, że głowa rodziny nie zdzierży już szukania otwieracza do butelek). W taki oto sposób bohaterska kobieta ratuje całą rodzinę przed katastrofą. Dzięki niezwykłym mocom Wonder Woman już wkrótce, tuż po rozbiciu schabowych i ugaszeniu pragnienia głowy rodziny, małżonkowie spokojnie zasiadają do parującego rosołu z pysznym makaronem prawie – jajecznym ze „Stonki”. Sielanka trwa! A wszystko to dzięki Wonder Woman!

Panowie są bardzo zadowoleni, rechoczą i poklepują się po ramionach gratulując sobie udanego stworzenia  obrazu Wonder Woman.

- To wszystkie moce cudownej kobiety?

Pytam z trudem utrzymując powagę.

- Nie!!!!

Panowie są zgodni i niemal chórem wymieniają inne super moce, takie jak: wywabianie plam, prasowanie, zmienianie pieluch, masowanie stóp głowie rodziny, uzupełnianie zapasów papieru toaletowego, szamponu etc., etc., etc.

- Przepraszam?

- Przepraszam!!

Starsza, dystyngowana para śmiała się razem z nami, jednak teraz usiłują „dojść do głosu”. przyjazny rechot panów szybko karnie cichnie i  wtedy padają te słowa:

- Panowie to tę cudowną kobietę wzorowali na własnych mamusiach, nieprawdaż?

Szach, mat.

 

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Proza zwykłych dni.

 

Nie – banalna rozmowa

04 gru

 

 

Rozmowy przed gabinetami lekarskimi na ogół są strasznie trywialne, błahe. Grupa nieznajomych zostaje zmuszona do spędzenia w swoim towarzystwie dłuższego (lub krótszego) okresu czasu. Tamtego popołudnia, nie pierwszy i na pewno nie ostatni raz, usłyszałam utyskiwanie na pogodę:

- Pani, czapkę mi porwało, tak wieje!

Potem przyszła kolej na krytyczne uwagi pod adresem służby zdrowia, typu:

- Zawsze się naczekam, mówię panu. A jak ostatnio poszłam do ortopedy rano, to wróciłam po południu do domu! Mąż się zdenerwował, że gdzieś zasłabłam, bo telefonu nie wzięłam.

Jednak najwięcej czasu nieodmiennie zajmują wyliczanki chorób, które nękają oczekujących.

- Mnie to już tak boli tam na dole, w kręgosłupie, że budzę się co dwie godziny i na drugą stronę się przekładam.

- Ja w nocy wstaję i muszę pochodzić. Jestem cała zdrętwiała, na amen, od tych chorych stawów, mówię panu.

Utyskiwania na stan nadwątlonej kondycji zdrowotnej bardzo często przyjmują formę licytacji.

- Wczoraj tak mnie bolała głowa, strasznie, nie do opisania…

- Pani, jak mnie taka obręcz ściśnie, to już nic, na amen cały dzień chodzę jak obłąkany i nic z tym nie można zrobić, nic a nic!

- To nic! Mnie jak bolała, to trzy „iksy” nawet nie pomogły!

Zwycięski laur, w postaci pełnych politowania smętnych kiwnięć głowami przygodnych towarzyszy z poczekalni, zyskuje na ogół ten, kto pochwali się zażyciem największej ilości pewnego specyfiku przeciwbólowego. Dlaczego? Nie wiem. Reguł tych licytacji nie rozumiem, podobnie, jak wręcz świętej, bardzo powszechnej wiary w działanie nachalnie reklamowanego badziewia przeciwbólowego, traktowanego przez dużą część społeczeństwa, jako cudownego panaceum na wszelkie boleści. Sama nigdy tego specyfiku nie zażywałam i łykać nie zamierzam, podobnie, jak nie korci mnie podjadanie trutki na szczury.

 

Gdzieś w trakcie pierwszej (z kilku) chorobowej licytacji do poczekalni weszła kobieta ze starszą panią na wózku. Zaproponowałam jej swoje krzesło. Odmówiła, jednak moja propozycja stała się zalążkiem naszej dalszej rozmowy. Jestem dobrym, uważnym i skupionym na drugim człowieku, słuchaczem. Gadułą również bywam, ale tylko przy Mężczyźnie lub Diamencie.

- Ja nie wchodzę, towarzyszę tylko mamie.

Kobieta wyglądała na bardzo znużoną. Chciałam dyskretnie, grzecznie wrócić do przerwanej lektury książki, jednak coś mi na to nie pozwoliło. Miałam wrażenie, że nieznajoma łaknie ludzkiej uwagi. To dziwne uczucie pojawiło się nagle i sprawiło, że zdecydowanym ruchem zamknęłam powieść. Kobieta mój gest odczytała, jako zaproszenie do rozmowy.

 

W następnych minutach poznałam szereg schorzeń, które męczyły nieznajomą. Słuchałam bez zbędnych pytań. Instynkt mnie nie zawiódł, kobietę najwyraźniej cieszyła moja uwaga. Poczekalnia, w której siedziałyśmy, mieściła się w jednym z ponurych, podziemnych  przejść. Wiecie, jaką akustykę mają szpitalne korytarze, prawda? Pomimo tego nieznajoma nie mówiła cicho. Jej każde słowo było słyszalne bardzo wyraźnie. Szybko wygasły inne, prowadzone szeptem, rozmowy – ewidentnie uwaga wszystkich czekających (których 90% stanowiły osoby w wieku emerytalnym) skupiła się na opowieściach tej jednej kobiety. Odniosłam wrażenie, że nieznajoma zdawała sobie z tego sprawę. Nie przeszkadzało jej to nagłe zainteresowanie przypadkowego audytorium. Mówiła i mówiła. Jej twarz okrasił rumieniec podniecenia. Minione dziesięciolecia nie były dla niej łatwe. Przeżyła długie umieranie ojca, trudny związek z agresywnym mężczyzną, własną chorobę, aż wreszcie została jedyną opiekunką niepełnosprawnej mamy.

Siedziałam w poczekalni słuchając potoku słów nieznajomej. O dziwo, nie było to dla mnie dyskomfortowe doświadczenie. Miałam silne uczucie, że moja uwaga jest jej bardzo potrzebna. Z każdą minutą kobieta odprężała się i coraz częściej na jej twarzy gościł miły dla oka, szczery uśmiech. Gdy nadeszła kolej na wejście jej mamy do gabinetu lekarskiego, na korytarzu zapanowała chwilowa cisza. Przerwał ją starszy pan, mój „krzesełkowy” sąsiad:

- Niektórzy potrzebują się wygadać.

Posłałam mu uśmiech. Miał rację.

- Dają pięćset patologii, a taka nic nie dostanie, sama schorowana i w dodatku matką tak się opiekuje.

Kobieta wyszła z gabinetu. Najwyraźniej usłyszała ostatnie zdanie starszego pana, gdyż dodała:

- Moi sąsiedzi mają trójkę dzieci i ona rzuciła etat, bo jej się nie płaca robić dla kogoś, jak powiedziała mamie. Mąż pracował dorywczo, pijak i awanturnik. Co parę dni sąsiedzi wzywają policję, tak hałasują.

Od słowa do słowa i nagle starszy pan rzucił:

- I pewnie bije ją i dzieci, a ona go broni, co? Mało takich historii w telewizji? Pani, jak można pobić do nieprzytomności małe dziecko? Co za bydlę znęca się nad dzieciakiem?

W tym momencie twarz kobiety skamieniała. Stała metr ode mnie, zobaczyłam coś dziwnego w jej oczach. Wołanie? Rozpacz? Potrząsnęła głową, zamrugała oczami, po czym rzuciła łamiącym się głosem:

- Jak byłam mała, przez wiele lat molestował mnie kuzyn. I nikt mi nie pomógł. Nikt. Do dzisiaj nie powiedziałam o tym mamie, nie mogłabym jej tego zrobić. Nigdy.

Ciszę, która zapadła po tych słowach, można było kroić, niczym bochen swojskiego chleba. Usłyszałam, jak któraś  ze starszych pań głośno wydycha powietrze z płuc. A ja? Nie spuściłam wzroku z twarzy nieznajomej. Wpatrywała się we mnie z łzami w oczach. Pewnie mimowolnie pokręciłam głową, nie jestem pewna. Wciąż milcząc wyciągnęłam lewą rękę w jej kierunku. Nie zdążyłam jej dotknąć.  Nie wiem nawet, czy zauważyła mój ruch, gdyż w tamtym momencie drzwi gabinetu lekarskiego otworzyły się i pielęgniarka wyprowadziła wózek inwalidzki z mamą nieznajomej. Kobieta podeszła do niej energicznie, po czym pochyliła się poprawiając ułożenie chorych nóg na „podpórce”. Staruszka coś cicho mówiła do córki. Wtedy ktoś rzucił w przestrzeń szpitalnego korytarza następujące słowa:

- Bez wstydu! Jeszcze się taka chwali!

Dopiero wówczas doznałam prawdziwego wstrząsu. Autorką wypowiedzianych przed chwilą (naładowanych tzw. świętym oburzeniem) słów była jedna z zadbanych pań w wieku emerytalnym, siedząca trzy krzesełka dalej ode mnie. Na korytarzu zapanowała cisza przerywana szeptaniem matki i córki. Starszy pan machnął dłonią, jakby odstraszał natrętną muchę. Chyba chciał coś powiedzieć. Nie zdążył. Kobieta zbliżyła się do mnie z matką. Nie mając pewności i licząc w duchu na to, że nieznajoma nie usłyszała wstrętnych słów emerytki, zdusiłam w sobie obudzoną wściekłość. Jeszcze chwilę rozmawiałyśmy. O „niczym”. Odchodząc życzyłam jej zdrowia. Wtedy ponownie spojrzałam w twarz nieznajomej. Wydawała się pogodną, tylko jej oczy lekko błyszczały.

 

Od tamtej wizyty lekarskiej minęło kilka dni. Ciągle wracam myślami do nieznajomej, która tak niespodziewanie odsłoniła przede mną wiele fragmentów swojego niełatwego życia. Cieszę się, że zamknęłam wtedy czytaną książkę. Dałam tamtej kobiecie to, co mogłam – moją uwagę. Rozpoczynając rozmowę nie miałam pojęcia o traumach gnębiących nieznajomą. Oby los uśmiechnął się do niej…  Do dzisiaj zastanawiam się również nad reakcją emerytki. Dlaczego była tak potwornie negatywnie osądzająca wobec nieznajomej, skrzywdzonej przez innych ludzi, najwyraźniej zagubionej kobiety? Mam mętlik w głowie. Jest mi strasznie przykro. Wolałabym wierzyć, że ludzka krzywda zawsze rodzi szczere współczucie. Wolałabym móc uznać, że krzywdę człowiekowi robi tylko „potwór”, nie zaś drugi człowiek. Niestety, nie mogę tego zrobić… 

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Proza zwykłych dni.

 

Brzemienny „goryl” i staruszki

24 lis

 

Jest takie miejsce, gdzie  parę razy w miesiącu zupełnie niechcący, na ogół biernie, staję się świadkiem scenek z życia zupełnie obcych mi ludzi. Tym miejscem są pewne termy, a właściwie jeden z moich ulubionych tam zakątków, w którym czuję się odizolowana od całego świata. Ciepło słonej wody, gwiazdy nad głową i nurt, który łagodnie popycha mnie do przodu. Ech, bajka, co tu dużo mówić.

Tak jak zawsze, zaliczywszy kilkunastominutową rundę po tzw. bąblach, w końcu znalazłam się w moim „świętym”, odosobnionym od tłumów, miejscu. Odetchnęłam pełną piersią. Na niebie właśnie pojawiły się pierwsze gwiazdy. Leżąc na plecach pozwoliłam ponieść się łagodnemu, acz stanowczemu nurtowi wody. Gdy tak płynęłam, z minuty na minutę oddalały się ode mnie wszystkie ułomności towarzyszące mojej ludzkiej egzystencji. Czas przestał istnieć.

 

-Posuń to grube dupsko!

Zanurzona w ciepłej solance, zupełnie odrealniona, nagle zorientowałam się, że mam towarzystwo. Do mojego oddalonego od głównych zbiorników miejsca, dotarli inni ludzie. Postanowiłam zignorować ich obecność, przeczekać chowając uszy pod wodą.

- K…a mać! Mówiłem, żebyś dupsko przesunęła, ty krowo!

Niestety, nie potrafiłam do końca wyłączyć „efektów dźwiękowych”. Walczyłam tak długo o „izolację”, dopóki nie napiłam się wielkiego łyka słonej wody. Prychając i łapiąc oddech, w końcu musiałam się zatrzymać. Tuż obok mnie w wodzie stała młoda kobieta. Odepchnęła się od dna i po chwili zobaczyłam jej wielki, ciążowy brzuch delikatnie kołyszący się na powierzchni wody. Przez chwilę wokół nas nie było żywego ducha.

- Jak dobrze.

Kobieta przesłała mi nieśmiały uśmiech, na który z przyjemnością odpowiedziałam. Wyglądała na strasznie zmęczoną.

- No, to idę teraz do sauny!

Zza murku wysunął się mężczyzna. Nie potrafiłabym określić wieku nieznajomego, za to jego brzuch wskazywał na zaawansowaną ciążę spożywczą (przynajmniej bliźniaczą). Od razu poznałam ten szorstki ton głosu. Zaskoczona, odruchowo spojrzałam na młodą kobietę. Chyba zauważyła moje zdziwienie, gdyż przesłała mi uśmiech okraszony podniesieniem jednej brwi. Z całą pewnością był to grymas wyrażający smutną rezygnację.

Postanowiłam jak najszybciej oddalić się od nieznajomej pary.

- Weź mój zegarek, to nie będziemy musieli dopłacać, mam w pakiecie saunę, a i tak przecież nie skorzystam.

Odliczałam wymachy lewego ramienia, dzięki którym powolnie, ale skutecznie zwiększałam dystans od nieznajomej pary.

- To po co ja, k…!, płaciłem z góry? Trzeba było powiedzieć!

- Ja…

- Ty głupia, rozrzutna gruba dupo, jakie to typowe, ja pier…ę!

 

Zanim mój mózg zdążył przemyśleć racjonalnie sprawę, ciało już zareagowało i płynęłam z powrotem w kierunku nieznajomej pary.

- Panie drogi, trochę ciszej i grzeczniej, nie jesteś tu pan sam!

Ktoś mnie ubiegł. Nie zauważyłam tego,  jak w nasze pobliże podpłynęły dwie bardzo starsze panie z towarzyszącym im młodszym, o jakieś dwie dekady, mężczyzną.

- A co cie to, k…wa, obchodzi?

To zdanie nie zostało już wykrzyczane tak głośno, jak poprzednie. Wypowiedziawszy je młody mężczyzna zrejterował. Jeszcze usłyszałam jakieś przekleństwa mamrotane pod nosem, gdy dosyć pospiesznie się oddalał.

 

- A on to kiedy rodzi jeżeli można wiedzieć?

Jedna ze staruszek wstrzeliła się ze swoim pytaniem w ciszę, która na chwilę zapanowała po odejściu nieznajomego. Pierwsza zareagowała ciężarna kobieta. Zaczęła się tak głośno śmiać, że po chwili wyjąkała:

- O rany, bo tu jeszcze urodzę, hi, hi, hi!

Staruszki podpłynęły do kobiety.  

 

Niechcący wielokrotnie wysłuchuję, unoszona ciepłą solanką, bardzo prywatnych wynurzeń. Czasami są wśród nich wyjątkowo piękne historie, zdecydowanie częściej – proza życia.  Pierwszy raz spotkałam w moim wodnym azylu „goryla”. Pewnie to kwestia rachunku prawdopodobieństwa – w końcu musiało do tego dojść. Odpłynęłam od nieznajomej zostawiając ją w towarzystwie dwóch przesympatycznych staruszek, które – korzystając z pewnej swobody wypowiedzi, jaką daje podeszły wiek – bardzo otwarcie, wręcz „szokowo” zaczęły edukować feministycznie ciężarną. Nie przesadzam, jedna ze starszych pań otwarcie powiedziała, że taki bęcwał nie zasługuje ani na nią, ani na jej dziecko. Druga rozpoczęła mini wykład o tym, że kobieta też człowiek i żadna z nas, pań, nie powinna dać sobą pomiatać jakiemuś gburowi z przerostem ego. O dziwo, staruszki swoje słowa przekazywały w taki uroczy sposób, że młoda kobieta ciągle chichotała. Gdy odpływałam jedna ze starszych pań przytulała ciężarną. Przyznam, że był to pocieszający obrazek. Dlaczego? Odebrałam to jak przejaw taktownej i pięknej, bezinteresownej życzliwości. W końcu nie każdy chce być „ratowany” przez obcych. To wielka sztuka pomagać tak, by osobie poszkodowanej dodatkowo nie sprawiać dodatkowych przykrości.

 

Serdeczna stanowczość dwóch starszych pań najwyraźniej wpłynęła pokrzepiająco na młodą kobietę. Gdy pół godziny później wyszłam ze swojej samotni na „ląd” szukając Mężczyzny, zauważyłam „goryla”, który został osaczony przez (towarzyszące wcześniej ciężarnej) staruszki. Jego twarz miała barwę buraczka ćwikłowego. Przypuszczam, że takiej bury nie dostał nigdy nawet od rodzonej matki. Fakt, że z wyraźnym zawstydzeniem wysłuchiwał reprymendy nieznajomych kobiet mógłby świadczyć o tym, że kiedyś i ten „goryl” zostanie mężczyzną w sensie etycznym. Kto wie? A może w którymś momencie przerwał reprymendę starszych pań stekiem wulgarnych epitetów? Nie wiem, wszystko jest możliwe.  Jak mówi mój mężczyzna – jestem niepoprawną życiową optymistką, więc to naturalne, że osobiście mam cichą nadzieję na skruchę po reprymendzie  :lol:

 

 

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Proza zwykłych dni.

 

Szkoda, że nie macie dzieci

17 lis

 

 

 

Wyobraźcie sobie dwójkę kochających się ludzi. Kobietę i mężczyznę. Trudno byłoby znaleźć drugą taką parę, jak oni. Mijają lata, na ich głowach pojawiają się pierwsze siwe włosy. Łączące ich uczucia nie maleją. Zmieniają się, ewoluują. Razem są zawsze silniejsi, niż w pojedynkę, chociaż siły – tej indywidualnej, pospolicie zwanej „iskrą bożą”, im nie brakuje. Dobrze znają swoje wady, ale i pamiętają o swoich zaletach. Nigdy nie przestają ze sobą rozmawiać, chociaż tematy bywają między nimi bardzo trudne. Gdy jedno upada, drugie podnosi je i nie puszcza. Mimo różnych życiowych zakrętów szczerze mówią: jesteśmy szczęśliwi.

Jak szczęście tej kochającej się dwójki odbierają inni? Ludzie znajdują w ich życiu wielki brak, którego istnienia sama para nie odczuwa. Zakochani ciągle zbyt często, mimo płynący lat, słyszą – wypowiedziane sztucznie współczującym tonem głosu – słowa:

- Szkoda, że nie macie dzieci.

Gdy z lekkim zdziwieniem, niezmiennie zabarwionym rozbawieniem, patrzą w twarz rozmówcy, wiedzą, że zaraz padną pod ich adresem oklepane frazesy typu:

- Masz podejście do dzieci, przepadają za tobą.

Albo:

- Szkoda, żebyście się tak marnowali bez dzieci. Omija was taka radość.

Lub:

- Masz taką wyobraźnię, że na pewno byłbyś wspaniałym ojcem/matką.

 

Kobieta i mężczyzna już dawno, dawno temu zrozumieli, że „bunt dla buntu” jest – najłagodniej mówiąc – absurdem. Ich styl życia nie wypływa ze sprzeciwu wobec tradycji, to życie w zgodzie ze sobą samym. Dzięki temu odnajdują szczęście w prostych, codziennych drobiazgach. Trudno byłoby komuś znaleźć w tych dwojgu gorycz, czy też żal do świata. Lubią wierzyć w to, że to oni kreują swój świat. Czasami śmieją się ze swojej naiwności, chociaż nigdy by się jej nie wyrzekli, bo ta naiwna wiara w całkowitą „sprawczość” sprawdza się w ich życiu.

 

Kobieta nigdy nie chciała być matką. Nawet tych dzieci, które mogłyby mieć oczy ukochanego.

- Dzieci nie są nam potrzebne do szczęścia.

To jego słowa. Ona zgodnie potakuje mu głową. Zgadzają się w tej kwestii już niemal od dwudziestu lat. Dzieci naprawdę nie są im potrzebne do szczęścia. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że pojawienie się potomków w ich domu mogłoby przyczynić się do nieszczęścia tej pary. Czasami parę łączą tak silne więzy emocjonalne, że nie ma w ich czasoprzestrzeni nawet odrobiny miejsca na innego człowieka. Bywa, że ludzie, którzy ulegają społecznej presji posiadania potomstwa, nie zaznają oczekiwanego poczucia szczęścia i spełnienia. Dzieci w takich domach dorastają ze świadomością, że stanowią żywą przeszkodę dla dwojga zakochanych w sobie dorosłych.

Kobieta i mężczyzna słuchają, zawsze ze stoickim spokojem okraszonym wyrozumiałym, grzecznym uśmiechem, wszelkiej maści doradców od „rodzinnego stadła”. Ludzie tak bardzo lubią mieć uczucie, że właśnie obdarowali kogoś bezcenną radą, prawda? Mało kto z nich zda sobie kiedykolwiek sprawę, że jego „złote wskazówki”, są zwyczajnie, ujmując kwestię w języku zrozumiałym dla takiego nachalnie, niemal kompulsywnie, radzącego innym osobnika – gówno warte. Bo to, co daje szczęście jednemu człowiekowi, innemu może je zabrać.

Para wciąż słyszy „dobre rady” życiowych malkontentów, którzy z uporem godnym maniaka, usiłują namówić ich do rodzicielstwa.

- Chłopie, do niczego innego dobrego tego nie porównasz. 

Mówi mu doradca płci męskiej, który ze swoimi dziećmi zamieni parę zdań dopiero w niedzielne popołudnie, po sześciu dniach skrupulatnego i zamierzonego unikania swoich „skarbów” za blatem służbowego biurka. Człowiek ten trudno znosi zamieszanie, jakie niesie za sobą dziecięca obecność. Często prosi synów o ciszę. Nawet w niedzielne popołudnie, na rodzinnym spacerze w parku, czy przelotnym pobycie na placu zabaw.

- Zobaczysz, żadnego faceta tak się nie kocha, jak swojego szkraba.

Mówi jej ona, doradczyni płci pięknej, jednocześnie nerwowo zerkając na wyświetlacz swojego telefonu. Czeka na wiadomość od nowego chłopaka, z którym miała przygodę na ostatnim wyjeździe integracyjnym i który – o dziwo – jeszcze nie zadzwonił.

- Mamo, spójrz!

Dziecko usiłuje zwrócić na siebie uwagę rodzicielki, bezskutecznie. W tym momencie dzwoni jej telefon.

- Zajmiesz się nim na chwilkę?

Prosi kobietę i znika w głębi domu na pełne dwie godziny. Gdy wraca, przez następne kwadranse wylewa swoje żale do świata i matki, która nie chce – po raz czwarty w bieżącym tygodniu – wziąć na noc wnuka.

- Jak mam nawiązać z kimś głębszą relację siedząc w domu z malutkim dzieckiem? Jak ona może! Inne babcie dałyby się pociąć za czas z wnukiem!

Jest oburzona. Boi się, że mężczyzna z imprezy już więcej się z nią nie umówi. W końcu zostawia synka na noc u znajomej.

Czy te dwa powyższe przykłady, to dobitny przykład ludzkiej hipokryzji? Nie sądzę. Nie wątpię w to, że rodzice bardzo kochają swoje dzieci (poza niechlubnymi wyjątkami) i, gdyby zaszła tak potrzeba, oddaliby za nie życie. Opisane przypadki nie obrazują hipokryzji, tylko różnicę między „chcę”, a „potrafię”, „teorią” kontra „praktyką”.

 

Bardzo szczęśliwi, kochający swoje dzieci życiowi doradcy, nigdy nie zaniedbują „misji” udzielania „złotych rad” naszej parze. Niestety, nie odnoszą żadnych realnych skutków.

- Świat jest pełen dziwaków.

Wzdychają w końcu z rezygnacją, podszytą nutą frustracji, złoto ustni doradcy.

Zakochana para nie obraża się za notoryczne próby „ulepszenia” ich losu. Czasami jedno z nich odpowiada takiemu radzącemu:

- Dziwacy, to nie problem. Najgorszy jest poziom głupoty w społeczeństwie.

Złoto ustni doradcy z zapałem im potakują.

- Co racja, to racja, też głupoty to nie znosimy!

Wtedy zakochani wymieniają ze sobą dyskretne uśmiechy. Miłość to wielka siła :)

 

 

 
Komentarze (35)

Napisane w kategorii Proza zwykłych dni.

 

Ruszają „natretne-mysli-publicystycznie”!

11 lis

 

 

Świat wyobraźni zawsze pociągał mnie bardziej od spraw przyziemnych, codziennych. Dlaczego? Życie nigdy nie głaskało mnie łaskawie po głowie, zawsze brakowało dobrych dłoni, które przyjaźnie poklepałyby mnie po ramieniu w trudnych chwilach . Wszystko zmieniałam, wykuwałam swoim uporem, poświęceniem i wiarą w to, że nawet najczarniejsza noc kiedyś w końcu musi się skończyć. Tak było – życiowe noce mijały, często przedzielane zaledwie krótkim, mdławym, zgoła „grudniowym” światłem.  Z czasem dotarło do mnie to, że istnienie nocy nie wyklucza jednoczesnego współistnienia słonecznego dnia. Absurd? Nie sądzę, ot, zwykłe, codzienne szaleństwo, jakich wiele.

 Dojrzewanie to proces, który nigdy się nie kończy. Właściwość ta dotyczy zarówno pojedynczego człowieka, jak i całych społeczeństw. Życie stawia przede mną kolejne wyzwania, budzi nowe obawy, straszy wyobrażeniami nagłych klęsk, ale i pociesza wizjami niekończących się wariantów szczęśliwych zakończeń. Wiedza daje wolność, zabierając jednocześnie spokój ducha. To proces nieodwracalny. Nie sposób cofnąć „wskazówek zegara” i wymazać przeszłości. Show must go on. 

Dzisiaj dojrzałam do kolejnych wyzwań. Moje „natretne-mysli” dały mi wiele energii i radości w trudnych czasach. Pomagały (i wciąż pomagają) godzić się z tym, z czym pogodzić się nie potrafię do dnia dzisiejszego. Dojrzałość niesie ze sobą coraz więcej pytań, na które nie sposób znaleźć jednej, konkretnej odpowiedzi. Świat się zmienia. Społeczeństwa są wciąż targane przez stare, dobrze znane historykom, namiętności. Przed współczesną ludzkością bezustannie staje mnóstwo nowych wyzwań, a każdy dzień rodzi problemy, których nikt dotąd przed nami nie musiał rozwiązywać. Historia kołem się toczy, jednak czas nie stoi w miejscu, więc i „krajobraz” zdarzeń ciągle się zmienia, zmuszając nas do ciągłego rozwoju. Biegnij, albo zgiń – wybór nie zawsze zależy od nas.  Wykrzykiwane na łamach modnych magazynów hasło „Wszystko zależy od ciebie!” zgrzyta w kontakcie z prozą codzienności. Mnożące się w mojej głowie znaki zapytania, wątpliwości, obawy, zdziwienia znajdą swoje odzwierciedlenie w „natretnych-myslach-publicystycznie”.  Będzie i śmiesznie, i strasznie – zapraszam!

 

P.S.1. Mój pierwszy blog, czyli „natretne-mysli”, nadal będzie istniał w swojej starej, sprawdzonej postaci, poruszając przeróżne kwestie w charakterystycznym dla niego stylu. 

P.S.2. Link do „natretnych-mysli-publicystycznie”, mojego nowego bloga, znajduje się na pasku po prawej stronie, zaraz pod grafiką fb.

 

 

 

 

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Proza zwykłych dni.

 

Pruderyjne związki z cielesnością

14 paź

 

 

Nie jestem pruderyjna. Nie oblewa mnie również rumieniec zażenowania przy zakupie przedmiotów sugerujących mój związek z własną cielesnością, seksualnością. Za to wielokrotnie bywam świadkiem takich „niezręczności”. Drżący głos dojrzałej kobiety proszącej w aptece o nawilżający żel do pochwy, czy oblewająca się rumieńcem dziewczyna, która kupuje prezerwatywy na stacji benzynowej. Znacie to?

Sama nigdy nie zapomnę pewnej pani z apteki w wojewódzkim mieście, która na prośbę o dwie paczki prezerwatyw, obrzuciła mnie uważnym spojrzeniem, po czym – zaskakująco ostrym tonem głosu – zapytała:

- A dla kogo to?

Miałam wtedy prawie dwadzieścia pięć lat. I dużą ochotę do kpiny z pozorowanej, obnoszonej, jak niezwykły dar, tzw. świętoszkowatości.

- Dla mojej osiemdziesięcioletniej babci.

Stojąca za mną kobieta zakrztusiła się ze śmiechu. Twarz pani aptekarki oblał rumieniec gniewu. Rozbawiło mnie jej oburzenie, więc dodałam:

- Babcia strasznie boi się „wpadki”.

Zostałam obsłużona w tempie ekspresowym, w ciszy, którą zakłócał jedynie chichot stojącej za mną kobiety.

 

Dlaczego tak wielu ludzi ma problem z naturalnym podejściem do cielesności – swojej i innych? Przecież na sumę „Kowalskiego” składa się jego psychika i fizyczność. Jesteśmy nie tylko duchem, ale i ciałem. Potrzeby emocjonalne współgrają z naszymi pragnieniami cielesnymi.

Nie przepadam za totalnym ekshibicjonizmem. Nie lubię obleśnych, seksualnych aluzji w rozmowie towarzyskiej z innymi ludźmi. Sprawy alkowy to bardzo osobiste kwestie. Nie o nie mi chodzi, gdy myślę o pruderyjności naszego społeczeństwa. Seks jest seksem i żaden dojrzały osobnik, który nie ma z tą sferą problemów (fizycznych, ideologicznych etc.) nie będzie robił z niego (seksu)  motta przewodniego swoich rozmów, dociekań (pomijając zajmujących się tą dziedziną życia ludzi nauki, czy sztuki).

Oto epizod drugi, który pięknie obrazuje pruderyjność. Mój „chłopiec” za chwilę skończy czterdzieści lat. Mimo to, od „zawsze” Mężczyzna w ostatni dzień września otrzymuje przynajmniej jeden egzemplarz  „prasy dla panów”. Dla dorosłych panów ;-)   W dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach  przypadków oznacza to nabycie „Playboya”. W natłoku tegorocznej frapującej codzienności zapomniałam o naszej „tradycji” . W związku z tym, uzbroiwszy się w cierpliwość i nadzieję, weszłam do pierwszego, wiejskiego sklepu z asortymentem prasowym.

- Dzień dobry, czy jest najnowszy numer „Playboya”?

- Czego?

 - „Playboya”.

Konsternacja na twarzy ekspedientki była bardzo wymowna.

- My nie sprzedajemy TAKIEJ prasy.

Odpowiedziała, z ogromnym naciskiem na słowo „takiej”.

- To może „CKM”? Albo, ostatecznie,  inne z takiej tematyki…

- No wie pani co?!!

Do gry weszło tzw. „święte oburzenie”. Przyznam, że dopiero w tamtym momencie dotarło do mnie to, że moja prośba została odebrana jak jakieś obrzydliwe, osobiste wyznanie. Przemknęła mi też przez głowę obawa, że – być może – spotkałam człowieka, którego oburza uprzedmiotawianie ludzkiego ciała w tego typie periodyków. Gotowa byłam już na merytoryczną dyskusję, jednak kolejne zdanie ekspedientki rozwiało moje wątpliwości, co do natury jej oburzenia.

- Gołe baby w moim sklepie? Pierwszy raz widzę, żeby kobieta takie świństwa chciała kupować!

 

Nie tłumaczyłam wzburzonej pani, że dla mnie ludzkie ciało nie jest świństwem. Nie zażartowałam z jej pruderyjności. Grzecznie pożegnałam się i wyszłam. Nie dlatego, że to mała miejscowość i wszyscy wszystkich znają (oprócz mnie, do dzisiaj potrafię rozpoznać jakieś góra dwadzieścia procent tutejszej populacji) – zwyczajnie prozaicznie „gonił mnie czas”.

Tamtego dnia odwiedziłam jeszcze dwa wiejskie sklepy w poszukiwaniu „Playboya”. W jednym z nich młoda ekspedientka lekko speszyła się, gdy usłyszała moją prośbę. W drugim spotkała mnie (w końcu!) profesjonalna obojętność.

 

Za ostatni przykład służący pokazaniu pruderii w praktyce posłuży historia sprzed jakiś dziesięciu lat.  Jej bohaterka to moja starsza znajoma, matka dorosłych już dzieci.

Miejscowy Ośrodek Zdrowia mieści w swoim budynku aptekę. Czekając w kolejce do lekarza zauważyłam wspomnianą powyżej znajomą. Gestem poprosiła mnie, żebym do niej podeszła.

- Mam do ciebie prośbę.

- Słucham.

- Ale to taka nietypowa prośba.

Twarz znajomej okrasił dziewczęcy rumieniec zażenowania. Odciągnęła mnie poza zasięg słuchu innych pacjentów. W końcu wyjęczała:

- Kupisz mi test ciążowy?

Przez chwilę myślałam, że chce pożyczyć ode mnie pieniądze na ten test i zaczęłam przeszukiwać torebkę w celu wyłowienia z jej otchłani portfela.

- Nie! Chcę żebyś ty mi go kupiła!

- Dlaczego?

- Bo ja się wstydzę. Mi nie wypada. Powiedzą, że starej babce seksu się zechciało. Nie chcę, żeby ktoś tak o mnie myślał!

Poszłam i kupiłam dwa testy. Zdziwiły mnie jej obawy. Była mężatką od dziesięcioleci. Czy sądziła, że straci w oczach miejscowego społeczeństwa, gdy dostanie ono „dowód” na to, że jedna z jego członkiń, kobieta przed pięćdziesiątką, wciąż współżyje z własnym małżonkiem? Ciekawe, prawda?

 

Ludzkie ciało jest piękne. Grubsze, chudsze, młode, czy stare – to nieważne, bo piękno jest zawsze w oczach patrzącego.  Nasza fizyczność ciągle się zmienia, ewoluuje. To takie naturalne. Ciało daje nam wiele przyjemności. Dzięki niemu czujemy choćby tak prozaiczną sytość, czy też miękkość otulającego nas ciepłego koca. Odczuwamy również całą paletę doznań wynikających ze współżycia fizycznego. Jesteśmy duchem i ciałem. Nie powinniśmy wypierać się swojej cielesności i związanej z nią seksualności. To bardzo ważny aspekt ludzkiego życia, codzienności. Nie udawajmy, że nasze ciała nie istnieją. Pruderyjność bywa nawet zabawna, ale tylko dla obserwatora. Człowiek udający, że jego i innych fizyczność nie istnieje, musi się strasznie męczyć. Pozory nie są w stanie na trwałe zastąpić rzeczywistości. 

 

 

P.S. Między poczuciem wstydu, zażenowania, a pruderyjnością biegnie cienka, ale zdecydowana granica. Moim zdaniem nie warto jej przekraczać.

 

 

 

 

 
Komentarze (18)

Napisane w kategorii Proza zwykłych dni.

 
 

  • RSS