RSS
 

Nie – banalna rozmowa

04 gru

 

 

Rozmowy przed gabinetami lekarskimi na ogół są strasznie trywialne, błahe. Grupa nieznajomych zostaje zmuszona do spędzenia w swoim towarzystwie dłuższego (lub krótszego) okresu czasu. Tamtego popołudnia, nie pierwszy i na pewno nie ostatni raz, usłyszałam utyskiwanie na pogodę:

- Pani, czapkę mi porwało, tak wieje!

Potem przyszła kolej na krytyczne uwagi pod adresem służby zdrowia, typu:

- Zawsze się naczekam, mówię panu. A jak ostatnio poszłam do ortopedy rano, to wróciłam po południu do domu! Mąż się zdenerwował, że gdzieś zasłabłam, bo telefonu nie wzięłam.

Jednak najwięcej czasu nieodmiennie zajmują wyliczanki chorób, które nękają oczekujących.

- Mnie to już tak boli tam na dole, w kręgosłupie, że budzę się co dwie godziny i na drugą stronę się przekładam.

- Ja w nocy wstaję i muszę pochodzić. Jestem cała zdrętwiała, na amen, od tych chorych stawów, mówię panu.

Utyskiwania na stan nadwątlonej kondycji zdrowotnej bardzo często przyjmują formę licytacji.

- Wczoraj tak mnie bolała głowa, strasznie, nie do opisania…

- Pani, jak mnie taka obręcz ściśnie, to już nic, na amen cały dzień chodzę jak obłąkany i nic z tym nie można zrobić, nic a nic!

- To nic! Mnie jak bolała, to trzy „iksy” nawet nie pomogły!

Zwycięski laur, w postaci pełnych politowania smętnych kiwnięć głowami przygodnych towarzyszy z poczekalni, zyskuje na ogół ten, kto pochwali się zażyciem największej ilości pewnego specyfiku przeciwbólowego. Dlaczego? Nie wiem. Reguł tych licytacji nie rozumiem, podobnie, jak wręcz świętej, bardzo powszechnej wiary w działanie nachalnie reklamowanego badziewia przeciwbólowego, traktowanego przez dużą część społeczeństwa, jako cudownego panaceum na wszelkie boleści. Sama nigdy tego specyfiku nie zażywałam i łykać nie zamierzam, podobnie, jak nie korci mnie podjadanie trutki na szczury.

 

Gdzieś w trakcie pierwszej (z kilku) chorobowej licytacji do poczekalni weszła kobieta ze starszą panią na wózku. Zaproponowałam jej swoje krzesło. Odmówiła, jednak moja propozycja stała się zalążkiem naszej dalszej rozmowy. Jestem dobrym, uważnym i skupionym na drugim człowieku, słuchaczem. Gadułą również bywam, ale tylko przy Mężczyźnie lub Diamencie.

- Ja nie wchodzę, towarzyszę tylko mamie.

Kobieta wyglądała na bardzo znużoną. Chciałam dyskretnie, grzecznie wrócić do przerwanej lektury książki, jednak coś mi na to nie pozwoliło. Miałam wrażenie, że nieznajoma łaknie ludzkiej uwagi. To dziwne uczucie pojawiło się nagle i sprawiło, że zdecydowanym ruchem zamknęłam powieść. Kobieta mój gest odczytała, jako zaproszenie do rozmowy.

 

W następnych minutach poznałam szereg schorzeń, które męczyły nieznajomą. Słuchałam bez zbędnych pytań. Instynkt mnie nie zawiódł, kobietę najwyraźniej cieszyła moja uwaga. Poczekalnia, w której siedziałyśmy, mieściła się w jednym z ponurych, podziemnych  przejść. Wiecie, jaką akustykę mają szpitalne korytarze, prawda? Pomimo tego nieznajoma nie mówiła cicho. Jej każde słowo było słyszalne bardzo wyraźnie. Szybko wygasły inne, prowadzone szeptem, rozmowy – ewidentnie uwaga wszystkich czekających (których 90% stanowiły osoby w wieku emerytalnym) skupiła się na opowieściach tej jednej kobiety. Odniosłam wrażenie, że nieznajoma zdawała sobie z tego sprawę. Nie przeszkadzało jej to nagłe zainteresowanie przypadkowego audytorium. Mówiła i mówiła. Jej twarz okrasił rumieniec podniecenia. Minione dziesięciolecia nie były dla niej łatwe. Przeżyła długie umieranie ojca, trudny związek z agresywnym mężczyzną, własną chorobę, aż wreszcie została jedyną opiekunką niepełnosprawnej mamy.

Siedziałam w poczekalni słuchając potoku słów nieznajomej. O dziwo, nie było to dla mnie dyskomfortowe doświadczenie. Miałam silne uczucie, że moja uwaga jest jej bardzo potrzebna. Z każdą minutą kobieta odprężała się i coraz częściej na jej twarzy gościł miły dla oka, szczery uśmiech. Gdy nadeszła kolej na wejście jej mamy do gabinetu lekarskiego, na korytarzu zapanowała chwilowa cisza. Przerwał ją starszy pan, mój „krzesełkowy” sąsiad:

- Niektórzy potrzebują się wygadać.

Posłałam mu uśmiech. Miał rację.

- Dają pięćset patologii, a taka nic nie dostanie, sama schorowana i w dodatku matką tak się opiekuje.

Kobieta wyszła z gabinetu. Najwyraźniej usłyszała ostatnie zdanie starszego pana, gdyż dodała:

- Moi sąsiedzi mają trójkę dzieci i ona rzuciła etat, bo jej się nie płaca robić dla kogoś, jak powiedziała mamie. Mąż pracował dorywczo, pijak i awanturnik. Co parę dni sąsiedzi wzywają policję, tak hałasują.

Od słowa do słowa i nagle starszy pan rzucił:

- I pewnie bije ją i dzieci, a ona go broni, co? Mało takich historii w telewizji? Pani, jak można pobić do nieprzytomności małe dziecko? Co za bydlę znęca się nad dzieciakiem?

W tym momencie twarz kobiety skamieniała. Stała metr ode mnie, zobaczyłam coś dziwnego w jej oczach. Wołanie? Rozpacz? Potrząsnęła głową, zamrugała oczami, po czym rzuciła łamiącym się głosem:

- Jak byłam mała, przez wiele lat molestował mnie kuzyn. I nikt mi nie pomógł. Nikt. Do dzisiaj nie powiedziałam o tym mamie, nie mogłabym jej tego zrobić. Nigdy.

Ciszę, która zapadła po tych słowach, można było kroić, niczym bochen swojskiego chleba. Usłyszałam, jak któraś  ze starszych pań głośno wydycha powietrze z płuc. A ja? Nie spuściłam wzroku z twarzy nieznajomej. Wpatrywała się we mnie z łzami w oczach. Pewnie mimowolnie pokręciłam głową, nie jestem pewna. Wciąż milcząc wyciągnęłam lewą rękę w jej kierunku. Nie zdążyłam jej dotknąć.  Nie wiem nawet, czy zauważyła mój ruch, gdyż w tamtym momencie drzwi gabinetu lekarskiego otworzyły się i pielęgniarka wyprowadziła wózek inwalidzki z mamą nieznajomej. Kobieta podeszła do niej energicznie, po czym pochyliła się poprawiając ułożenie chorych nóg na „podpórce”. Staruszka coś cicho mówiła do córki. Wtedy ktoś rzucił w przestrzeń szpitalnego korytarza następujące słowa:

- Bez wstydu! Jeszcze się taka chwali!

Dopiero wówczas doznałam prawdziwego wstrząsu. Autorką wypowiedzianych przed chwilą (naładowanych tzw. świętym oburzeniem) słów była jedna z zadbanych pań w wieku emerytalnym, siedząca trzy krzesełka dalej ode mnie. Na korytarzu zapanowała cisza przerywana szeptaniem matki i córki. Starszy pan machnął dłonią, jakby odstraszał natrętną muchę. Chyba chciał coś powiedzieć. Nie zdążył. Kobieta zbliżyła się do mnie z matką. Nie mając pewności i licząc w duchu na to, że nieznajoma nie usłyszała wstrętnych słów emerytki, zdusiłam w sobie obudzoną wściekłość. Jeszcze chwilę rozmawiałyśmy. O „niczym”. Odchodząc życzyłam jej zdrowia. Wtedy ponownie spojrzałam w twarz nieznajomej. Wydawała się pogodną, tylko jej oczy lekko błyszczały.

 

Od tamtej wizyty lekarskiej minęło kilka dni. Ciągle wracam myślami do nieznajomej, która tak niespodziewanie odsłoniła przede mną wiele fragmentów swojego niełatwego życia. Cieszę się, że zamknęłam wtedy czytaną książkę. Dałam tamtej kobiecie to, co mogłam – moją uwagę. Rozpoczynając rozmowę nie miałam pojęcia o traumach gnębiących nieznajomą. Oby los uśmiechnął się do niej…  Do dzisiaj zastanawiam się również nad reakcją emerytki. Dlaczego była tak potwornie negatywnie osądzająca wobec nieznajomej, skrzywdzonej przez innych ludzi, najwyraźniej zagubionej kobiety? Mam mętlik w głowie. Jest mi strasznie przykro. Wolałabym wierzyć, że ludzka krzywda zawsze rodzi szczere współczucie. Wolałabym móc uznać, że krzywdę człowiekowi robi tylko „potwór”, nie zaś drugi człowiek. Niestety, nie mogę tego zrobić… 

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Proza zwykłych dni.

 

Brzemienny „goryl” i staruszki

24 lis

 

Jest takie miejsce, gdzie  parę razy w miesiącu zupełnie niechcący, na ogół biernie, staję się świadkiem scenek z życia zupełnie obcych mi ludzi. Tym miejscem są pewne termy, a właściwie jeden z moich ulubionych tam zakątków, w którym czuję się odizolowana od całego świata. Ciepło słonej wody, gwiazdy nad głową i nurt, który łagodnie popycha mnie do przodu. Ech, bajka, co tu dużo mówić.

Tak jak zawsze, zaliczywszy kilkunastominutową rundę po tzw. bąblach, w końcu znalazłam się w moim „świętym”, odosobnionym od tłumów, miejscu. Odetchnęłam pełną piersią. Na niebie właśnie pojawiły się pierwsze gwiazdy. Leżąc na plecach pozwoliłam ponieść się łagodnemu, acz stanowczemu nurtowi wody. Gdy tak płynęłam, z minuty na minutę oddalały się ode mnie wszystkie ułomności towarzyszące mojej ludzkiej egzystencji. Czas przestał istnieć.

 

-Posuń to grube dupsko!

Zanurzona w ciepłej solance, zupełnie odrealniona, nagle zorientowałam się, że mam towarzystwo. Do mojego oddalonego od głównych zbiorników miejsca, dotarli inni ludzie. Postanowiłam zignorować ich obecność, przeczekać chowając uszy pod wodą.

- K…a mać! Mówiłem, żebyś dupsko przesunęła, ty krowo!

Niestety, nie potrafiłam do końca wyłączyć „efektów dźwiękowych”. Walczyłam tak długo o „izolację”, dopóki nie napiłam się wielkiego łyka słonej wody. Prychając i łapiąc oddech, w końcu musiałam się zatrzymać. Tuż obok mnie w wodzie stała młoda kobieta. Odepchnęła się od dna i po chwili zobaczyłam jej wielki, ciążowy brzuch delikatnie kołyszący się na powierzchni wody. Przez chwilę wokół nas nie było żywego ducha.

- Jak dobrze.

Kobieta przesłała mi nieśmiały uśmiech, na który z przyjemnością odpowiedziałam. Wyglądała na strasznie zmęczoną.

- No, to idę teraz do sauny!

Zza murku wysunął się mężczyzna. Nie potrafiłabym określić wieku nieznajomego, za to jego brzuch wskazywał na zaawansowaną ciążę spożywczą (przynajmniej bliźniaczą). Od razu poznałam ten szorstki ton głosu. Zaskoczona, odruchowo spojrzałam na młodą kobietę. Chyba zauważyła moje zdziwienie, gdyż przesłała mi uśmiech okraszony podniesieniem jednej brwi. Z całą pewnością był to grymas wyrażający smutną rezygnację.

Postanowiłam jak najszybciej oddalić się od nieznajomej pary.

- Weź mój zegarek, to nie będziemy musieli dopłacać, mam w pakiecie saunę, a i tak przecież nie skorzystam.

Odliczałam wymachy lewego ramienia, dzięki którym powolnie, ale skutecznie zwiększałam dystans od nieznajomej pary.

- To po co ja, k…!, płaciłem z góry? Trzeba było powiedzieć!

- Ja…

- Ty głupia, rozrzutna gruba dupo, jakie to typowe, ja pier…ę!

 

Zanim mój mózg zdążył przemyśleć racjonalnie sprawę, ciało już zareagowało i płynęłam z powrotem w kierunku nieznajomej pary.

- Panie drogi, trochę ciszej i grzeczniej, nie jesteś tu pan sam!

Ktoś mnie ubiegł. Nie zauważyłam tego,  jak w nasze pobliże podpłynęły dwie bardzo starsze panie z towarzyszącym im młodszym, o jakieś dwie dekady, mężczyzną.

- A co cie to, k…wa, obchodzi?

To zdanie nie zostało już wykrzyczane tak głośno, jak poprzednie. Wypowiedziawszy je młody mężczyzna zrejterował. Jeszcze usłyszałam jakieś przekleństwa mamrotane pod nosem, gdy dosyć pospiesznie się oddalał.

 

- A on to kiedy rodzi jeżeli można wiedzieć?

Jedna ze staruszek wstrzeliła się ze swoim pytaniem w ciszę, która na chwilę zapanowała po odejściu nieznajomego. Pierwsza zareagowała ciężarna kobieta. Zaczęła się tak głośno śmiać, że po chwili wyjąkała:

- O rany, bo tu jeszcze urodzę, hi, hi, hi!

Staruszki podpłynęły do kobiety.  

 

Niechcący wielokrotnie wysłuchuję, unoszona ciepłą solanką, bardzo prywatnych wynurzeń. Czasami są wśród nich wyjątkowo piękne historie, zdecydowanie częściej – proza życia.  Pierwszy raz spotkałam w moim wodnym azylu „goryla”. Pewnie to kwestia rachunku prawdopodobieństwa – w końcu musiało do tego dojść. Odpłynęłam od nieznajomej zostawiając ją w towarzystwie dwóch przesympatycznych staruszek, które – korzystając z pewnej swobody wypowiedzi, jaką daje podeszły wiek – bardzo otwarcie, wręcz „szokowo” zaczęły edukować feministycznie ciężarną. Nie przesadzam, jedna ze starszych pań otwarcie powiedziała, że taki bęcwał nie zasługuje ani na nią, ani na jej dziecko. Druga rozpoczęła mini wykład o tym, że kobieta też człowiek i żadna z nas, pań, nie powinna dać sobą pomiatać jakiemuś gburowi z przerostem ego. O dziwo, staruszki swoje słowa przekazywały w taki uroczy sposób, że młoda kobieta ciągle chichotała. Gdy odpływałam jedna ze starszych pań przytulała ciężarną. Przyznam, że był to pocieszający obrazek. Dlaczego? Odebrałam to jak przejaw taktownej i pięknej, bezinteresownej życzliwości. W końcu nie każdy chce być „ratowany” przez obcych. To wielka sztuka pomagać tak, by osobie poszkodowanej dodatkowo nie sprawiać dodatkowych przykrości.

 

Serdeczna stanowczość dwóch starszych pań najwyraźniej wpłynęła pokrzepiająco na młodą kobietę. Gdy pół godziny później wyszłam ze swojej samotni na „ląd” szukając Mężczyzny, zauważyłam „goryla”, który został osaczony przez (towarzyszące wcześniej ciężarnej) staruszki. Jego twarz miała barwę buraczka ćwikłowego. Przypuszczam, że takiej bury nie dostał nigdy nawet od rodzonej matki. Fakt, że z wyraźnym zawstydzeniem wysłuchiwał reprymendy nieznajomych kobiet mógłby świadczyć o tym, że kiedyś i ten „goryl” zostanie mężczyzną w sensie etycznym. Kto wie? A może w którymś momencie przerwał reprymendę starszych pań stekiem wulgarnych epitetów? Nie wiem, wszystko jest możliwe.  Jak mówi mój mężczyzna – jestem niepoprawną życiową optymistką, więc to naturalne, że osobiście mam cichą nadzieję na skruchę po reprymendzie  :lol:

 

 

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Proza zwykłych dni.

 

Szkoda, że nie macie dzieci

17 lis

 

 

 

Wyobraźcie sobie dwójkę kochających się ludzi. Kobietę i mężczyznę. Trudno byłoby znaleźć drugą taką parę, jak oni. Mijają lata, na ich głowach pojawiają się pierwsze siwe włosy. Łączące ich uczucia nie maleją. Zmieniają się, ewoluują. Razem są zawsze silniejsi, niż w pojedynkę, chociaż siły – tej indywidualnej, pospolicie zwanej „iskrą bożą”, im nie brakuje. Dobrze znają swoje wady, ale i pamiętają o swoich zaletach. Nigdy nie przestają ze sobą rozmawiać, chociaż tematy bywają między nimi bardzo trudne. Gdy jedno upada, drugie podnosi je i nie puszcza. Mimo różnych życiowych zakrętów szczerze mówią: jesteśmy szczęśliwi.

Jak szczęście tej kochającej się dwójki odbierają inni? Ludzie znajdują w ich życiu wielki brak, którego istnienia sama para nie odczuwa. Zakochani ciągle zbyt często, mimo płynący lat, słyszą – wypowiedziane sztucznie współczującym tonem głosu – słowa:

- Szkoda, że nie macie dzieci.

Gdy z lekkim zdziwieniem, niezmiennie zabarwionym rozbawieniem, patrzą w twarz rozmówcy, wiedzą, że zaraz padną pod ich adresem oklepane frazesy typu:

- Masz podejście do dzieci, przepadają za tobą.

Albo:

- Szkoda, żebyście się tak marnowali bez dzieci. Omija was taka radość.

Lub:

- Masz taką wyobraźnię, że na pewno byłbyś wspaniałym ojcem/matką.

 

Kobieta i mężczyzna już dawno, dawno temu zrozumieli, że „bunt dla buntu” jest – najłagodniej mówiąc – absurdem. Ich styl życia nie wypływa ze sprzeciwu wobec tradycji, to życie w zgodzie ze sobą samym. Dzięki temu odnajdują szczęście w prostych, codziennych drobiazgach. Trudno byłoby komuś znaleźć w tych dwojgu gorycz, czy też żal do świata. Lubią wierzyć w to, że to oni kreują swój świat. Czasami śmieją się ze swojej naiwności, chociaż nigdy by się jej nie wyrzekli, bo ta naiwna wiara w całkowitą „sprawczość” sprawdza się w ich życiu.

 

Kobieta nigdy nie chciała być matką. Nawet tych dzieci, które mogłyby mieć oczy ukochanego.

- Dzieci nie są nam potrzebne do szczęścia.

To jego słowa. Ona zgodnie potakuje mu głową. Zgadzają się w tej kwestii już niemal od dwudziestu lat. Dzieci naprawdę nie są im potrzebne do szczęścia. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że pojawienie się potomków w ich domu mogłoby przyczynić się do nieszczęścia tej pary. Czasami parę łączą tak silne więzy emocjonalne, że nie ma w ich czasoprzestrzeni nawet odrobiny miejsca na innego człowieka. Bywa, że ludzie, którzy ulegają społecznej presji posiadania potomstwa, nie zaznają oczekiwanego poczucia szczęścia i spełnienia. Dzieci w takich domach dorastają ze świadomością, że stanowią żywą przeszkodę dla dwojga zakochanych w sobie dorosłych.

Kobieta i mężczyzna słuchają, zawsze ze stoickim spokojem okraszonym wyrozumiałym, grzecznym uśmiechem, wszelkiej maści doradców od „rodzinnego stadła”. Ludzie tak bardzo lubią mieć uczucie, że właśnie obdarowali kogoś bezcenną radą, prawda? Mało kto z nich zda sobie kiedykolwiek sprawę, że jego „złote wskazówki”, są zwyczajnie, ujmując kwestię w języku zrozumiałym dla takiego nachalnie, niemal kompulsywnie, radzącego innym osobnika – gówno warte. Bo to, co daje szczęście jednemu człowiekowi, innemu może je zabrać.

Para wciąż słyszy „dobre rady” życiowych malkontentów, którzy z uporem godnym maniaka, usiłują namówić ich do rodzicielstwa.

- Chłopie, do niczego innego dobrego tego nie porównasz. 

Mówi mu doradca płci męskiej, który ze swoimi dziećmi zamieni parę zdań dopiero w niedzielne popołudnie, po sześciu dniach skrupulatnego i zamierzonego unikania swoich „skarbów” za blatem służbowego biurka. Człowiek ten trudno znosi zamieszanie, jakie niesie za sobą dziecięca obecność. Często prosi synów o ciszę. Nawet w niedzielne popołudnie, na rodzinnym spacerze w parku, czy przelotnym pobycie na placu zabaw.

- Zobaczysz, żadnego faceta tak się nie kocha, jak swojego szkraba.

Mówi jej ona, doradczyni płci pięknej, jednocześnie nerwowo zerkając na wyświetlacz swojego telefonu. Czeka na wiadomość od nowego chłopaka, z którym miała przygodę na ostatnim wyjeździe integracyjnym i który – o dziwo – jeszcze nie zadzwonił.

- Mamo, spójrz!

Dziecko usiłuje zwrócić na siebie uwagę rodzicielki, bezskutecznie. W tym momencie dzwoni jej telefon.

- Zajmiesz się nim na chwilkę?

Prosi kobietę i znika w głębi domu na pełne dwie godziny. Gdy wraca, przez następne kwadranse wylewa swoje żale do świata i matki, która nie chce – po raz czwarty w bieżącym tygodniu – wziąć na noc wnuka.

- Jak mam nawiązać z kimś głębszą relację siedząc w domu z malutkim dzieckiem? Jak ona może! Inne babcie dałyby się pociąć za czas z wnukiem!

Jest oburzona. Boi się, że mężczyzna z imprezy już więcej się z nią nie umówi. W końcu zostawia synka na noc u znajomej.

Czy te dwa powyższe przykłady, to dobitny przykład ludzkiej hipokryzji? Nie sądzę. Nie wątpię w to, że rodzice bardzo kochają swoje dzieci (poza niechlubnymi wyjątkami) i, gdyby zaszła tak potrzeba, oddaliby za nie życie. Opisane przypadki nie obrazują hipokryzji, tylko różnicę między „chcę”, a „potrafię”, „teorią” kontra „praktyką”.

 

Bardzo szczęśliwi, kochający swoje dzieci życiowi doradcy, nigdy nie zaniedbują „misji” udzielania „złotych rad” naszej parze. Niestety, nie odnoszą żadnych realnych skutków.

- Świat jest pełen dziwaków.

Wzdychają w końcu z rezygnacją, podszytą nutą frustracji, złoto ustni doradcy.

Zakochana para nie obraża się za notoryczne próby „ulepszenia” ich losu. Czasami jedno z nich odpowiada takiemu radzącemu:

- Dziwacy, to nie problem. Najgorszy jest poziom głupoty w społeczeństwie.

Złoto ustni doradcy z zapałem im potakują.

- Co racja, to racja, też głupoty to nie znosimy!

Wtedy zakochani wymieniają ze sobą dyskretne uśmiechy. Miłość to wielka siła :)

 

 

 
Komentarze (35)

Napisane w kategorii Proza zwykłych dni.

 

Ruszają „natretne-mysli-publicystycznie”!

11 lis

 

 

Świat wyobraźni zawsze pociągał mnie bardziej od spraw przyziemnych, codziennych. Dlaczego? Życie nigdy nie głaskało mnie łaskawie po głowie, zawsze brakowało dobrych dłoni, które przyjaźnie poklepałyby mnie po ramieniu w trudnych chwilach . Wszystko zmieniałam, wykuwałam swoim uporem, poświęceniem i wiarą w to, że nawet najczarniejsza noc kiedyś w końcu musi się skończyć. Tak było – życiowe noce mijały, często przedzielane zaledwie krótkim, mdławym, zgoła „grudniowym” światłem.  Z czasem dotarło do mnie to, że istnienie nocy nie wyklucza jednoczesnego współistnienia słonecznego dnia. Absurd? Nie sądzę, ot, zwykłe, codzienne szaleństwo, jakich wiele.

 Dojrzewanie to proces, który nigdy się nie kończy. Właściwość ta dotyczy zarówno pojedynczego człowieka, jak i całych społeczeństw. Życie stawia przede mną kolejne wyzwania, budzi nowe obawy, straszy wyobrażeniami nagłych klęsk, ale i pociesza wizjami niekończących się wariantów szczęśliwych zakończeń. Wiedza daje wolność, zabierając jednocześnie spokój ducha. To proces nieodwracalny. Nie sposób cofnąć „wskazówek zegara” i wymazać przeszłości. Show must go on. 

Dzisiaj dojrzałam do kolejnych wyzwań. Moje „natretne-mysli” dały mi wiele energii i radości w trudnych czasach. Pomagały (i wciąż pomagają) godzić się z tym, z czym pogodzić się nie potrafię do dnia dzisiejszego. Dojrzałość niesie ze sobą coraz więcej pytań, na które nie sposób znaleźć jednej, konkretnej odpowiedzi. Świat się zmienia. Społeczeństwa są wciąż targane przez stare, dobrze znane historykom, namiętności. Przed współczesną ludzkością bezustannie staje mnóstwo nowych wyzwań, a każdy dzień rodzi problemy, których nikt dotąd przed nami nie musiał rozwiązywać. Historia kołem się toczy, jednak czas nie stoi w miejscu, więc i „krajobraz” zdarzeń ciągle się zmienia, zmuszając nas do ciągłego rozwoju. Biegnij, albo zgiń – wybór nie zawsze zależy od nas.  Wykrzykiwane na łamach modnych magazynów hasło „Wszystko zależy od ciebie!” zgrzyta w kontakcie z prozą codzienności. Mnożące się w mojej głowie znaki zapytania, wątpliwości, obawy, zdziwienia znajdą swoje odzwierciedlenie w „natretnych-myslach-publicystycznie”.  Będzie i śmiesznie, i strasznie – zapraszam!

 

P.S.1. Mój pierwszy blog, czyli „natretne-mysli”, nadal będzie istniał w swojej starej, sprawdzonej postaci, poruszając przeróżne kwestie w charakterystycznym dla niego stylu. 

P.S.2. Link do „natretnych-mysli-publicystycznie”, mojego nowego bloga, znajduje się na pasku po prawej stronie, zaraz pod grafiką fb.

 

 

 

 

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Proza zwykłych dni.

 

Pruderyjne związki z cielesnością

14 paź

 

 

Nie jestem pruderyjna. Nie oblewa mnie również rumieniec zażenowania przy zakupie przedmiotów sugerujących mój związek z własną cielesnością, seksualnością. Za to wielokrotnie bywam świadkiem takich „niezręczności”. Drżący głos dojrzałej kobiety proszącej w aptece o nawilżający żel do pochwy, czy oblewająca się rumieńcem dziewczyna, która kupuje prezerwatywy na stacji benzynowej. Znacie to?

Sama nigdy nie zapomnę pewnej pani z apteki w wojewódzkim mieście, która na prośbę o dwie paczki prezerwatyw, obrzuciła mnie uważnym spojrzeniem, po czym – zaskakująco ostrym tonem głosu – zapytała:

- A dla kogo to?

Miałam wtedy prawie dwadzieścia pięć lat. I dużą ochotę do kpiny z pozorowanej, obnoszonej, jak niezwykły dar, tzw. świętoszkowatości.

- Dla mojej osiemdziesięcioletniej babci.

Stojąca za mną kobieta zakrztusiła się ze śmiechu. Twarz pani aptekarki oblał rumieniec gniewu. Rozbawiło mnie jej oburzenie, więc dodałam:

- Babcia strasznie boi się „wpadki”.

Zostałam obsłużona w tempie ekspresowym, w ciszy, którą zakłócał jedynie chichot stojącej za mną kobiety.

 

Dlaczego tak wielu ludzi ma problem z naturalnym podejściem do cielesności – swojej i innych? Przecież na sumę „Kowalskiego” składa się jego psychika i fizyczność. Jesteśmy nie tylko duchem, ale i ciałem. Potrzeby emocjonalne współgrają z naszymi pragnieniami cielesnymi.

Nie przepadam za totalnym ekshibicjonizmem. Nie lubię obleśnych, seksualnych aluzji w rozmowie towarzyskiej z innymi ludźmi. Sprawy alkowy to bardzo osobiste kwestie. Nie o nie mi chodzi, gdy myślę o pruderyjności naszego społeczeństwa. Seks jest seksem i żaden dojrzały osobnik, który nie ma z tą sferą problemów (fizycznych, ideologicznych etc.) nie będzie robił z niego (seksu)  motta przewodniego swoich rozmów, dociekań (pomijając zajmujących się tą dziedziną życia ludzi nauki, czy sztuki).

Oto epizod drugi, który pięknie obrazuje pruderyjność. Mój „chłopiec” za chwilę skończy czterdzieści lat. Mimo to, od „zawsze” Mężczyzna w ostatni dzień września otrzymuje przynajmniej jeden egzemplarz  „prasy dla panów”. Dla dorosłych panów ;-)   W dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach  przypadków oznacza to nabycie „Playboya”. W natłoku tegorocznej frapującej codzienności zapomniałam o naszej „tradycji” . W związku z tym, uzbroiwszy się w cierpliwość i nadzieję, weszłam do pierwszego, wiejskiego sklepu z asortymentem prasowym.

- Dzień dobry, czy jest najnowszy numer „Playboya”?

- Czego?

 - „Playboya”.

Konsternacja na twarzy ekspedientki była bardzo wymowna.

- My nie sprzedajemy TAKIEJ prasy.

Odpowiedziała, z ogromnym naciskiem na słowo „takiej”.

- To może „CKM”? Albo, ostatecznie,  inne z takiej tematyki…

- No wie pani co?!!

Do gry weszło tzw. „święte oburzenie”. Przyznam, że dopiero w tamtym momencie dotarło do mnie to, że moja prośba została odebrana jak jakieś obrzydliwe, osobiste wyznanie. Przemknęła mi też przez głowę obawa, że – być może – spotkałam człowieka, którego oburza uprzedmiotawianie ludzkiego ciała w tego typie periodyków. Gotowa byłam już na merytoryczną dyskusję, jednak kolejne zdanie ekspedientki rozwiało moje wątpliwości, co do natury jej oburzenia.

- Gołe baby w moim sklepie? Pierwszy raz widzę, żeby kobieta takie świństwa chciała kupować!

 

Nie tłumaczyłam wzburzonej pani, że dla mnie ludzkie ciało nie jest świństwem. Nie zażartowałam z jej pruderyjności. Grzecznie pożegnałam się i wyszłam. Nie dlatego, że to mała miejscowość i wszyscy wszystkich znają (oprócz mnie, do dzisiaj potrafię rozpoznać jakieś góra dwadzieścia procent tutejszej populacji) – zwyczajnie prozaicznie „gonił mnie czas”.

Tamtego dnia odwiedziłam jeszcze dwa wiejskie sklepy w poszukiwaniu „Playboya”. W jednym z nich młoda ekspedientka lekko speszyła się, gdy usłyszała moją prośbę. W drugim spotkała mnie (w końcu!) profesjonalna obojętność.

 

Za ostatni przykład służący pokazaniu pruderii w praktyce posłuży historia sprzed jakiś dziesięciu lat.  Jej bohaterka to moja starsza znajoma, matka dorosłych już dzieci.

Miejscowy Ośrodek Zdrowia mieści w swoim budynku aptekę. Czekając w kolejce do lekarza zauważyłam wspomnianą powyżej znajomą. Gestem poprosiła mnie, żebym do niej podeszła.

- Mam do ciebie prośbę.

- Słucham.

- Ale to taka nietypowa prośba.

Twarz znajomej okrasił dziewczęcy rumieniec zażenowania. Odciągnęła mnie poza zasięg słuchu innych pacjentów. W końcu wyjęczała:

- Kupisz mi test ciążowy?

Przez chwilę myślałam, że chce pożyczyć ode mnie pieniądze na ten test i zaczęłam przeszukiwać torebkę w celu wyłowienia z jej otchłani portfela.

- Nie! Chcę żebyś ty mi go kupiła!

- Dlaczego?

- Bo ja się wstydzę. Mi nie wypada. Powiedzą, że starej babce seksu się zechciało. Nie chcę, żeby ktoś tak o mnie myślał!

Poszłam i kupiłam dwa testy. Zdziwiły mnie jej obawy. Była mężatką od dziesięcioleci. Czy sądziła, że straci w oczach miejscowego społeczeństwa, gdy dostanie ono „dowód” na to, że jedna z jego członkiń, kobieta przed pięćdziesiątką, wciąż współżyje z własnym małżonkiem? Ciekawe, prawda?

 

Ludzkie ciało jest piękne. Grubsze, chudsze, młode, czy stare – to nieważne, bo piękno jest zawsze w oczach patrzącego.  Nasza fizyczność ciągle się zmienia, ewoluuje. To takie naturalne. Ciało daje nam wiele przyjemności. Dzięki niemu czujemy choćby tak prozaiczną sytość, czy też miękkość otulającego nas ciepłego koca. Odczuwamy również całą paletę doznań wynikających ze współżycia fizycznego. Jesteśmy duchem i ciałem. Nie powinniśmy wypierać się swojej cielesności i związanej z nią seksualności. To bardzo ważny aspekt ludzkiego życia, codzienności. Nie udawajmy, że nasze ciała nie istnieją. Pruderyjność bywa nawet zabawna, ale tylko dla obserwatora. Człowiek udający, że jego i innych fizyczność nie istnieje, musi się strasznie męczyć. Pozory nie są w stanie na trwałe zastąpić rzeczywistości. 

 

 

P.S. Między poczuciem wstydu, zażenowania, a pruderyjnością biegnie cienka, ale zdecydowana granica. Moim zdaniem nie warto jej przekraczać.

 

 

 

 

 
Komentarze (18)

Napisane w kategorii Proza zwykłych dni.

 

Czy kobieta jest wciąż człowiekiem?

03 paź

 

 

Za każdym razem, gdy piszę o aborcji, zakładam, że to już ten „ostatni raz”. Nadzieja matką ludzkości. Kiedy naprawdę będzie ten ostatni raz? Wtedy, gdy już nikomu nie przyjdzie do głowy z ciała kobiety czynić poligonu rozgrywek politycznych i/lub światopoglądowych.

Zacznę od paru definicji. Czym jest aborcja, wie o tym „każdy”. Zarodek? Również każdy (pomijam notorycznie z natury odpornych na wiedzę czyli tych, po których wiedza spływa, jak woda po przysłowiowej kaczce). Dziecko? Każdy z nas przechodził ten etap w rozwoju, wielu nawet mentalnie się na nim zatrzymało. Mężczyzna? Dla tych, którzy mieliby pewne wątpliwości wstawiam łatwo przyswajalny opis „przedmiotu” – dziecko plus testosteron ;)  Czegoś mi tu jeszcze brakuje…. A! Wiem, kobieta. Uprzedzam – moim zdaniem jednoznaczna definicja kobiety nie istnieje. Dlaczego? Nie można ująć w zbiór zwykłych określeń natury tak potężnej siły. Jak pokazuje historia świata wielka moc często bywała obiektem ataku istot wątpiących w swoją własną potęgę. Tylko to może tłumaczyć ciągłe zamachy na niezbywalne prawa kobiet, prawda?

 

Czy kobieta jest człowiekiem? W dwudziestym pierwszym wieku nie wypada nawet zadawać takiego pytania. Wiele pokoleń feministek wywalczyło dla nas szereg praw, które współczesne kobiety uważają za oczywistość. Są jednak panie, które drwią z feminizmu na równi ze zgrają opornych na fakty i przepełnionych strachem przed kobiecą siłą, panów. Stereotyp feministki powielany wśród takich ludzi to wąsata, mężczyzno podobna, lesbijka. W naszym społeczeństwie funkcjonuje przekonanie, że w kwestii równouprawnienia kobiet wszystko zostało już zrobione. Wszystko. To bardzo zgubne założenie. Powiem ostrzej – to bardzo głupie założenie. Czym jest równouprawnienie w praktyce? To wolność samo decydowania. Jak pokazuje nam historia, wolność nigdy nie jest dana żadnemu krajowi, ani żadnemu człowiekowi na zawsze. O wolność należy zawsze dbać. Dlaczego? Wystarczy chwila, moment nieuwagi, żeby znalazł się ktoś, kto zapragnie naszego „kawałka nieba”. Podły „złoczyńca”, który nie zawaha się zabrać nam naszej wolności.

Ludzie do życia potrzebują różnych składowych, między innymi jedzenia, miłości, wielu również i bogów. Dobrze dobrany, spersonalizowany, zestaw określonych „elementów” sprawia, że istnienie konkretnego człowieka zyskuje odpowiednią głębię, sens. Czy religia może mieć wpływ na ludzkie życie? Tak. Może. Ale tylko i wyłącznie na życie prywatne. Religia nie powinna mieć wpływu na życie polityczne. Łączenia świata interesów, rzeczywistości wiecznej walki o wpływy, ze światem idei związanych z konkretną wiarą, prowadzi do koszmarów. Jeden z nich właśnie śni się polskim kobietom.

Zapytam po raz drugi – czy kobieta jest człowiekiem? Tak? Dlaczego więc ciągle znajdują się tacy, którzy – wspierając swoje zapędy argumentami religijnymi – usiłują zrealizować zamach na jej wolność? Dlaczego po raz kolejny ktoś chce rządzić naszymi macicami? Skąd bierze się w drugim człowieku przekonanie o tym, że ma on moralne prawo „meblować” czyjeś życie? Czy to tylko kwestia mieszania wspomnianych dwóch porządków rzeczy – politycznego z tym religijnym? Nie sądzę. Moim zdaniem przede wszystkim winien jest tu brak edukacji. Kobiety (każdego człowieka) należy edukować w sposób ciągły. Wystarczy chwila nieuwagi, tego sytego myślenia o rzeczywistości  z wiodącym hasłem „Mamy już wszystko”, by panie znów dały się zamknąć w „patriarchalnej klatce”. Zwolennicy takich brutalnych pomysłów nie mają wątpliwości, że zarówno zarodek, dziecko, jak i mężczyzna, to człowiek.  A kobieta? Ciągle wielu marzy się sprowadzenie kobiety do roli inkubatora. Przecież macierzyństwo to tylko jedna z wielu opcjonalnych, życiowych ról pań. Dlaczego posiłkujący się hasłami religijnymi uzurpatorzy marzą o uprzedmiotowieniu kobiet? O odebraniu im prawa do samostanowienia, czyli w rezultacie zabraniu im człowieczeństwa?

Po stronie zwolenników zaostrzenia przepisów antyaborcyjnych stoi również wiele kobiet. Nigdy mnie to nie przestanie dziwić. Każda z nich może zrezygnować z prawa do zabiegu przerywania ciąży. Nie chcą aborcji, więc niech jej na sobie nie robią. Proste. Dlaczego tak bardzo chcą narzucić swoją moralną wizję świata innym kobietom? Nie wiem. Dlaczego za moralny obowiązek innych kobiet uważają urodzenie przez nie nieuleczalnie i śmiertelnie chorego dziecka, które z góry jest skazane na agonię w ogromnym cierpieniu? Skąd ten brak empatii graniczący z wyrachowaną hipokryzją, który każe im mówić o takich przypadkach „objawienie piękna miłości”? Naprawdę??? Czy to możliwe, aby były tak nieczułe na cierpienie bezbronnej istoty, która oddycha tym samym powietrzem, co one? Skąd w tych kobietach zajadłość, która każde zgwałconym rodzić dzieci brutalnym „dawcom życia”? Kto dał im prawo ważenia na szali wartości życia matki w kontrze do życia płodu? Kto im dał takie moralne prawo??? Czują się lepszymi od swoich bogów? Tyle razy słyszałam stwierdzenie, że „…Bóg dał ludziom wolność wyboru”. Czy zdaniem zwolenników zaostrzenia prawa antyaborcyjnego kobieta przestaje być człowiekiem w momencie zajścia w ciążę, tracąc należną ludziom wolność wyboru?

 

Światem rządzi polityka – świecka i ta związana z religiami. To specyficzna, często bezwzględna i twarda gra. Czy jest w niej realne miejsce na szacunek wobec jednostki? Na kobietę i jej niezbywalne, naturalne prawo do wolności wyboru? Kiedy kobiece ciało przestanie być używane przez polityków w nieczystych rozgrywkach? Mamy dwudziesty pierwszy wiek. Czas rozwoju, wzrostu świadomości. Czas wyjątkowego rozkwitu kultu wolności jednostki. Syte społeczeństwa przysypiają. Nie możemy zapominać, że podli „złoczyńcy” nigdy nie śpią. Zawsze są gotowi do działania. Liczy się tylko ich zysk. Wykorzystują naiwnych, by ich ustami kamieniować przeciwników. My, kobiety, pogrążone w sytym śnie, jesteśmy takie bezbronne. Ktoś chce ukraść nam człowieczeństwo. Pobudka!  

 
Komentarze (48)

Napisane w kategorii Proza zwykłych dni.

 

Dzieci muszą mieć ojca?

24 wrz

 

 

 Był starszy od niej o trzy lata. Pracował dorywczo w różnych miejscach, jednak jego głównym zajęciem było prowadzenie niewielkiego gospodarstwa rolnego. Pomagał mu w tym owdowiały ojciec. Zosia wiele razy słyszała o dzikich awanturach, jakie robił nie stroniący od alkoholu tata ukochanego. Kiedy wpadał w ciąg alkoholowy, syn wynosił się z domu na wiele tygodni, czasami miesięcy. W trakcie jednego z takich wygnań zakochał się w siedemnastoletniej Zosi, uczennicy szkoły średniej.

   Zakochana i ciężarna Zosia bez żalu opuściła ciasne mieszkanie ojczyma. Życie na wsi? Dlaczego nie? Ważne, że z nim. Szkoła? Kiedyś do niej wróci, są przecież licea dla dorosłych. Jeżeli pojawiały się jakieś wątpliwości, on je rozwiewał. Obiecał, że zaopiekuje się nią i dzieckiem. Będą razem bardzo szczęśliwi.

   Zosia wprowadziła się do domu ukochanego. Nie było tak kolorowo, jak to sobie wyobrażała – dom był stary, nieotynkowany. Centralne ogrzewanie nie działało. Jednak zimna woda w kranie, popękane deski na niewielkim ganku, czy kulawa ławka przed domem nie zniechęciły ją.

- Patrz, to wszystko jest teraz także twoje.

   Ukochany roztaczał przed nią wizje przyszłych ulepszeń. Wierzyła mu i czuła się bardzo, ale to bardzo szczęśliwa. Nawet jego ojciec, którego tak bardzo się bała, okazał się  - „na pierwszy rzut oka” – niegroźnym, chudym, zaniedbanym mężczyzną.

 

 

- Marzena, poznaj Zosię.

   Przed sobą miałam szczupłą, młodą kobietę. Znajoma, która w każde wakacje kupowała w tym gospodarstwie jajka od biegających po wielkim podwórku kur, zdążyła mnie już wtajemniczyć z niuanse tego domu.  Wiedziałam, że młoda gospodyni mieszka tu od niespełna pięciu lat. Ponad rok temu umarł jej teść. W tym niewielkim, nadgryzionym zębem czasu domu, mieszkała ona, jej partner (właściciel gospodarstwa) i trójka ich małych dzieci. Znajoma chwaliła młodą gospodynię za jej uczciwość, serdeczność i widoczną troskę o dzieci. Lewy policzek Zosi znaczyła ukośna blizna. Pod nią widniało lekkie, najwyraźniej świeże otarcie.

- Ciągle się uczę życia na gospodarstwie. Jak nie upadek z drabiny, to głupie potknięcie o ten wysoki próg w starym kurniku.

   Zosia ze śmiechem opisywała swoją niezdarność mojej znajomej, która- w ramach utartego między nimi dowcipu – dodała:

- Wyglądasz, jak z reklamówki o za słonej zupie.

   Śmiały się, a ja dyskretnie obrzuciłam  spojrzeniem gospodarskie obejście. Wszędzie leżały dziecięce zabawki, wokół których urzędowały zaaferowane kury. Wiejskie podwórko jakich jeszcze wiele  w naszym kraju. Mój wzrok ponownie spoczął na gospodyni. Blizna była sporych rozmiarów i budziła mój niepokój.

 

 

- Co się dokładnie stało w jej twarz?

   Gdy tylko opuściłyśmy podwórko, storpedowałam znajomą rzeką pytań dotyczących Zosi. Na większość z nich nie potrafiła mi odpowiedzieć.

- Wiesz, jak to jest w gospodarstwie…

   Wzruszyła ramionami.

- Tak się składa, że wiem i nie znałam nikogo, kto ciągle by miał z tego powodu poobijaną twarz.

- E tam, przesadzasz. Dziewczyna z miasta, trójka małych dzieci, to co myślałaś? Ciężko ma.

 

 

   Minęło kilka miesięcy. Któregoś zimowego dnia zadzwonił telefon.

- Boże, żebyś to widziała! Cały ganek był w jej krwi, jej! A te biedne dzieci! Maleństwa!

   Usiadłam. Około godziny później skończyłam rozmawiać ze znajomą. Czy byłam w szoku? Tak. Jednak spoza tego szoku uparcie przebijały się wyrzuty sumienia, że – parę miesięcy wcześniej, w uroczy, letni wieczór – zignorowałam nachalne, czerwone światło w mojej głowie.

 

   Znajoma zamykała swój letniskowy domek już na początku września. Czasami w zimę, gdy ta była wyjątkowo łagodna, wyjeżdżała na wieś na parę dni „przewietrzyć kąty”. Kilka tygodni po Nowym Roku, zaopatrzona w prowiant i utyskującego na przyszłe niewygody, męża, podjechała do swojego „siedziska”.

- Już się ściemnia, więc wyskoczę po te twoje ulubione jajka do Zosi.

   Mąż, zajęty rozpalaniem ognia w zimnym kominku, mruknął z aprobatą. Zanim weszła na gospodarskie podwórko, ogarnęło ją niemiłe przeczucie. Jacuś, mały kundelek, który swoim ujadaniem zawsze brawurowo witał gości, milczał. Parę dni wcześniej padał śnieg. Teraz, na jego tle zauważyła ciało tego łaciatego pieska – leżało parę kroków od wejściowej furtki. Wyglądał, jak martwy. Zdjęła rękawiczki i dotknęła głowy psiaka. Z ulgą poczuła jego ciepły języczek na swojej dłoni.

- Nie umarłeś! Ale mnie przestraszyłeś maluchu…

   Zdjęła gruby, ciepły szalik, po czym owinęła nim wyziębionego, skamlącego i chyba okrwawionego zwierzaka.

- Leż, spokojnie, zaraz po ciebie wrócę.

   Ostrożnie pożyła go na drewnianych deskach ganku. Na szczęście drzwi do domu nie były zamknięte na klucz. Dłonią poszukała włącznika światła. Blask zalał cały ganek. Wszędzie widziała ciemne plamy.

- Tyle krwi z tak małego psa?

   Głośno wyraziła swoje zdziwienie i chociaż włos zjeżył się na jej głowie ze strachu, weszła do środka. Wtedy usłyszała płacz dzieci. Biegiem minęła przedpokój, kuchnię i w końcu znalazła się w pokoju. Włączyła światło. Dwoje starszych maluchów histerycznie łkało tuląc się do leżącej na ziemi Zosi. Twarz kobiety zalana była krwią. Z kąta dochodziło kwilenie niemowlaka. Pobiegła najpierw w tamtym kierunku. Zobaczyła niewielki tłumoczek leżący na gołej podłodze, metr od łóżeczka. Dziecko było przerażone, ale najwyraźniej całe, więc – tuląc je do piersi – zbliżyła się do Zosi. Drżącą dłonią otarła usta leżącej. Usłyszała jej jęk i wtedy o mało sama nie zemdlała z wielkiej ulgi. Nie pamiętała dokładnie kolejnych zdarzeń. Na pewno zadzwoniła po męża. Na pewno przyjechała policja i karetka. Maleństwo rozpaczliwie kwiliło w jej ramionach. Nigdy tego nie zapomni. Potem, długo, długo potem, nastała w końcu cisza.

- Ten drań bił ją od lat! A ja tego nie zauważyłam, głupia! A miałam się za taką bystrą…

 

   Styczniowe popołudnie trzy lata temu na zawsze zapadło w moją pamięć. Co było dalej? Jacuś, mały piesek, któremu brutalny kopniak pijanego gospodarza połamał dwie tylne nóżki (obydwa złamania otwarte), zamieszkał z moją znajomą. Staruszek odszedł za „tęczowy most” pół roku temu, spokojnie, we śnie. Ręczę własnym słowem – to były cudowne dwa i pół roku jego psiego życia. Nie brakowało mu przysłowiowej manny z nieba. Co z Zosią? Nie mam dobrych wieści. Zosia żyje z ukochanym. Podczas jej pierwszej (burzliwej i jedynej) rozmowy z moją znajomą po „wypadku” twardo stanęła murem za swoim katem, wszystko kwitując stwierdzeniem: „Dzieci muszą mieć ojca!”. Nie chciała zeznawać. Twierdziła, że pechowo upadła. Co się stało z dziećmi? Mieszkają z kochającym katem i zaślepioną mamą. Zarówno kat, jak i zakochana w nim młoda kobieta są na pewno ostrożniejsi, na jej twarzy – jak dotąd – nie przybyło żadne nowe otarcie. Wiem, bo znajoma ciągle pyta o to w miejscowym sklepie. Tamtejsza sklepowa to najpewniejsze źródło informacji.

 

   Żal Zosi? Żal. Co z tego? Nie można pomóc temu, kto pomocy nie chce, nie przyjmuje. Sklepowa ze wsi Zosi ciągle słyszy od młodej matki peany na cześć kochającego tatusia jej dzieci. Można uratować Zosię? Nie sądzę. Nie wiadomo, co jest bardziej ślepe – jej miłość, czy strach?

Piesek Jacuś, bezwolna ofiara  domowego kata, finalnie miał najwięcej szczęścia. Dzieci nikt nie przygarnął, nie obdarzył miłością bez przemocy i lęku. Nikt tego zrobić nie mógł. Czy miłość bitej matki wynagrodzi im niezrozumiałą logikę „uczuć” ojcowskich? Czy sprawi, że maluchy w dorosłej przyszłości nie będą łączyć piękna miłości z ohydą podłej przemocy? Wątpię.

No więc – czy dzieci muszą mieć ojca? Z całą pewnością – tak. Ojca, nie kata.

 

Burzowe rytuały obronne

02 sie

 

 

Duszne, letnie popołudnie wyciskało ze mnie resztki witalności. Z ulgą zanurzyłam się w chłodne, klimatyzowane wnętrze eleganckiej drogerii. Do moich uszu doleciał gniewny pomruk zbliżającej się chmury burzowej. W środku sklepu kilka kobiet oglądało kosmetyki. Wyciągnęłam listę zakupów, którą skrupulatnie przygotowałam wcześniej w domu. Szukając niewielkiej półki z odżywkami do włosów niespiesznie omiatałam wzrokiem asortyment drogerii. Grupka kobiet okupowała półki z produktami w promocji. Obniżki były niewielkie i nie spełniały moich kryteriów tzw. okazji zakupowej. W moim przeświadczeniu o przecenie można mówić dopiero, gdy wartość produktu obniżona zostaje o minimum 40%. Wszystko poniżej tej wartości na miano wyprzedaży nie zasługuje.

Gdy dotarłam do regału z kosmetykami do włosów, burzowe chmury zasłoniły resztki słonecznego światła wpadającego przez szybę wystawową. Świetlówki zamigotały nad moją głową. Rozgrywające się na zewnątrz widowisko natury jak magnes przyciągnęło mnie do szyby.

Burze fascynują mnie od wczesnego dzieciństwa. Pierwsze, które pamiętam, wiążą się ze strachem w oczach mamy, która – w ramach tradycyjnego, staromodnego zabezpieczenia przeciwpożarowego – kazała nam, dzieciom, przyklejać do szyb obrazki z katolickimi świętymi.

- Jak byłam dzieckiem, po burzy wybiegaliśmy z domu i zawsze gdzieś płonął jakiś budynek. Wierzyliśmy, że przed takim nieszczęściem może pomóc tylko „najwyższa instancja”.

- Pomagała?

- Jednemu tak, innemu nie.

Czułam, że mama nie tyle wierzy w ochronną moc obrazków, co uspokaja się dzięki czynności znanej i kultywowanej od dzieciństwa. Zawsze, gdy już powklejaliśmy wszystkie obrazki w szyby naszych koślawych, starych okien, padało matczyne:

- Wszystkie okna zabezpieczone?

Mimo gorliwych, dziecięcych zapewnień, mama zaczynała wyliczankę:

- Okno babci pokoiku?

- Tak.

- Okno dużego pokoju?

- Tak.

W trakcie sprawdzania tej specyficznej „pracy”, mama zapalała starą lampę naftową i/lub parę świec w sercu naszego starego domu – kuchni. To tam spędzaliśmy wszystkie burzowe godziny. Czasami, gdy byliśmy mali, mama czytała nam głośno. Najmłodsi byli straszeni przez starszych za pomocą chybotliwych cieni na ścianach. Zawsze wiedziałam, że z całej rodziny burzy najbardziej boi się właśnie mama. Pamiętam letnie burze, w czasie, gdy byłam już nieco starsza. Robiłam wszystko, żeby choć przez chwilę postać w ulewnym, ciepłym deszczu. Jako nastolatka, potem młoda dziewczyna, urządzałam sobie spacery wśród pól w strugach burzowej nawałnicy. Fascynacja tym spektakularnym widowiskiem natury zawsze zwyciężała obawy, które wpajała mi od kołyski moja, niezmiennie niemal śmiertelnie przerażona wyładowaniami elektrycznymi, mama.

W ewentualny „gniew boży” zsyłany – w postaci bezwzględnych błyskawic – na grzeszników, ludzie przestali już wierzyć (przynajmniej w naszej szerokości geograficznej). Dzisiaj już nikomu nie przyszłoby do głowy „anty-pożarowe” wklejanie obrazków katolickich świętych w szyby domowych okien. Dysponujemy paroma niemal doskonałymi technicznymi zabezpieczeniami, które skutecznie chronią nasze rodzinne gniazda przed tego typu zagrożeniami. Pozostał jednak pierwotny lęk przed siłą wzburzonej, nieprzewidywalnej natury.

Stojąc przy oknie drogerii, po jednym z wyjątkowo głośnych pomruków burzy, usłyszałam głośne:

- O maaaaaatko!

Parę kroków ode mnie stała starsza kobieta. Jej twarz wykrzywiał strach, nad którym najwyraźniej trudno było jej zapanować nawet we wnętrzu nowoczesnego sklepu. W szybę zaczęły uderzać pierwsze, ciężkie krople deszczu. Pomyślałam o jego cieple, który tak dobrze znałam i bezwiednie głośno roześmiałam się z niemal dziecięcej, prostej radości.

- Nie boi się pani?

Kobieta obok spojrzała na mnie, jak na kosmitkę.

- Trochę, jednak bardziej to kocham, niż się boję.

- Wie pani, ja to w domu, jak jestem akurat sama w burzę, to nadal wchodzę pod łóżko. To takie głupie, ale co ja poradzę, że się tak boję?

Kobieta przez chwilę śmiała się. Kolejny grzmot przerwał naszą rozmowę. W tym momencie zadzwonił telefon nieznajomej.

- Synku, okno balkonowe zamknąłeś? Pies w domu? Tak? A dzieci? Tak, tak, zaraz wrócę. Tu zaczyna padać, a u nas?

Deszcz z coraz większą zaciekłością atakował szybę.

- To czekajcie na mnie, zaraz wsiadam do samochodu, pa!

Kolejny grzmot tak wytrącił nieznajomą z równowagi, że jej telefon znalazł się na podłodze. Z pobladłą twarzą podniosła aparat i odeszła od okna w głąb sklepu. Już po chwili zaczęła czytać etykietkę jakiegoś kremu. Burza przybrała na sile. Przy drzwiach stanęło kilka kobiet, które postanowiły przeczekać ulewę w drogerii. Dziesięć minut później przez szybę do sklepu zajrzało słońce. Wracając do półki z kosmetykami do włosów, zobaczyłam nieznajomą. Wciąż gorliwie oddana była lekturze opakowań kremów do twarzy. Na mój widok odłożyła oglądane właśnie pudełeczko na półkę.

- Widzi pani, to taki mój uspokajacz – to czytanie opakowań. Pomogło.

Przesłałam jej uśmiech i zapewnienie, że burza na pewno już „przeszła”.

- A miałam być już dawno w domu. Mówiłam pani, boję się tak, że mało co pomaga. Przydałoby się tu jakieś łóżko, ale i tak dobrze, że były te kosmetyki w zasięgu.

Obie zaczęłyśmy się głośno śmiać.

 

 

Trudno w lato nie przeżyć jakieś burzy. Jeszcze trudniej wyzbyć się wrodzonego lęku przed siłami natury. Nie należy jednak wpadać w panikę, w końcu – w naszej szerokości geograficznej – z całkiem dużym prawdopodobieństwem możemy gdzieś w pobliżu znaleźć jakiś przydatny obrazek, w którego czarodziejską moc wierzymy i którego możemy użyć, jako tarczy anty-piorunowej ;-)  A gdyby to nie pomogło zawsze można wejść pod łóżko. Wszystko zależy od tego, w co wierzymy i jak jesteśmy zdesperowani. Osobiście polecam spacer w ciepłym, burzowym deszczu. Podobno nic tak nie zwalcza lęków, jak stanie twarzą w twarz z ich źródłem. Podkreślam – podobno. Niczego nie mogę zagwarantować. Znam i takich ludzi, którzy wierzą w to, że jak ktoś ma pecha, to może go razić i piorun z bezchmurnego nieba. A wtedy wcale, ale to wcale nikomu nie jest do śmiechu. Bo chociaż w filmach pokazują ludzi, którzy poprzez „obcowanie” z wyładowaniem elektrycznym zostają – z sekundy na sekundę – geniuszami łamane na telepatami bądź telepatkami, to w życiu wszystko może „wypaść” znacznie bardziej prozaicznie. Powiedzieć można nawet – śmiertelnie prozaicznie.

 

 

 

 
Komentarze (29)

Napisane w kategorii Proza zwykłych dni.

 

Karabin – nędzny substytut męskości

21 cze

 

 

 

Późne popołudnie. Z ulgą weszłam do chłodnego wnętrza warsztatu samochodowego.

- Proszę chwilę poczekać. Zaraz zjedzie, to będzie pani kolej.

Usiadłam na niewygodnym, metalowym krześle. Jedyny pracujący w tej hali mechanik ze skupieniem dokręcał coś w stojącym na podnośniku aucie. Przyjemny chłód panujący w pomieszczeniu, a także niemal narkotyczny zapach smarów i spalin, spowodował, że już po chwili popadłam w lekkie otępienie. Przymknęłam oczy odrobinę za długo, gdyż na dźwięk kroków tuż obok mnie, podskoczyłam z zaskoczenia.

Do hali wszedł jakiś mężczyzna. Podszedł do mechanika i wymienił z nim na powitanie zwyczajowe uprzejmości. Znużona ponownie przymknęłam oczy. Czas to pojęcie względne. W takich męskich miejscach, do jakich należą warsztaty samochodowe, kwadrans – w moim odczuciu – zdaje się trwać dobrych parę godzin. Wyjmuję z torby „niezbędnik życiowy” – książkę. Już po chwili spaceruję po zaułkach Meksyku.

- Ja bym ich wszystkich posłał do piachu! A ty nie?

Echo wykrzyczanego z emocjami zdania odbiło się od ścian i wyrwało mnie z równoległej, fikcyjnej rzeczywistości. Drugi mężczyzna milczał.

- No co, nie chcesz postrzelać do nich, jak do kaczek? Bo ja jakbym miał tylko karabin, to od razu pojechałbym np. do takiej Francji i zrobił z nimi porządek!

Słowa, dotąd cichego i skupionego na swojej pracy mechanika, sprawiły, że porzuciłam duszne, zatłoczone uliczki Meksyku skupiając całą swoją uwagę na rzeczywistości chłodnej hali.

- Ludzi chciałbyś zabijać?

Pytanie przybysza zaskoczyło mechanika.

- Ludzi? To dzikusy, nie ludzie. Jak tylko będę mógł, to od razu się zgłoszę pod broń! Jak prawdziwy facet!

- To ludzie, jak ty, czy ja. Mają żony i dzieci, jak my. Uciekają przed wojną albo przed biedą.

- Ta, akurat! A te telefony?

Przez chwilę na twarzy gościa zagościła konsternacja.

- Telefony? Co z nimi?

- Uciekają tacy niby przed wojną, biedacy, a telefony to co?

- Jezu! Wyobraź sobie, że masz wojnę i musisz jak spier….ć z Polski,  chociaż z najbliższą rodziną – żoną i dziećmi. Nie możesz nic ze sobą zabrać, ale i tak jesteś wdzięczny, że możesz wywieźć rodzinę z piekła. Wiadomo, że weźmiesz telefon – masz kontakt z całym światem. Taki drobiazg, który  zmieści się w kieszeni, a może uratować życie twojemu dziecku, czy żonie. Powtarzasz po innych brednie bez zastanowienia. Pomyśl o swoim rocznym małym, żonie, nie o wojnie. Jak przyjdzie, to będziesz musiał się bić i pewnie zginąć, ale na razie ciesz się pokojem, rodziną, tymi samochodami, o których już w podstawówce gadałeś, jak nakręcony. Nie powtarzaj bredni za innymi. Myśl!

Mechanik machnął ręką i wrócił do swojej pracy. Jednak po chwili odwrócił się do przybysza i dodał:

- Ale co te dzikusy wyprawiają w tych obozach! Widziałeś w Internecie filmiki?

Gość na chwilę zamilkł. Zauważył moje zainteresowanie toczącą się dyskusją.

- Cicho! Nie jesteśmy tutaj sami. Jeszcze raz – wyobraź sobie, że uciekłeś z Polski i jesteś w obozie. Nie masz bieżącej wody, świeżego jedzenia dla dzieci, lekarstw, łóżka. Cały dorobek życia zostawiłeś w kraju, na zniszczenie. Nie jesteś sam – jest was kilkuset. Masa sfrustrowanych Polaków, niepewnych jutra, chwilowo bezradnych i zależnych od dobrej woli, niechętnych i przestraszonych waszą liczbą i potrzebami, obcych. Co, myślisz, że bylibyśmy milusi?! Bo co? Bo jesteśmy dumnymi Polakami? Gówno prawda! A – i nie myl terrorystów z tymi, co uciekają przed śmiercią. To tak jakbyś mylił narodowca z patriotą, czy katolika z chrześcijaninem. I jeszcze jedno – tamci robią zamieszki z bezradności i strachu, a nasi np. kibole dla frajdy, z nudów, żeby „coś się działo”.

Rozmowę dwóch mężczyzn przerwał szef mechanika. Gdy nadeszła kolej na moje auto, podziękowałam.

- Tyle pani czekała i teraz nie chce? Dlaczego?

- Dlaczego?

Mechanik i jego szef zastygli w oczekiwaniu na moją odpowiedź.

- Nie oddam swojego auta w ręce człowieka bez wyobraźni. Mówię o panu.

Skinieniem głowy wskazałam na mechanika.

 

 

Świat nigdy nie był bezpiecznym miejscem. Wojny przychodziły i odchodziły, jak chorujący z powodu wybujałych ambicji politycznych dyktatorzy. Dzisiejsza rzeczywistość ponownie straszy nas wizjami wojen. Modnym jest teraz przechwalanie się na internetowych forach gotowością do bicia się z „ruskimi”, czy też „muslinami”. Każdy z tych samozwańczych „bohaterów” przypisuje sobie rolę triumfatora, który zwalczy to, co obce i przez to niedobre dla ojczyzny. Żaden z nich zdaje się nie brać pod uwagę tego, że – w przypadku rzeczywistej zawieruchy wojennej – ich misja będzie zgoła inna. Statystyczny Kowalski zostanie z góry obsadzony w roli trupa. To bardzo prozaiczna kreacja, więc nikomu nie kwapi się do tego, by o niej mówić. Podjudzający do wojen politycy nie stracą na nich własnych nóg, ani życia. Ich rodzinom nie spadnie nawet przysłowiowy włos z głowy. To nie ich dzieci będą przymierały z głodu. Nie ich żony płakały w samotności. Na wojnie tracą „zwykli ludzie”. Zyskują – politycy.

 

 Kto najbardziej cierpi z powodu wojennych ciągot mężczyzn? Kobiety. To one zostają z dziećmi i to one muszą przejąć wszystkie obowiązki rodzinne, społeczne. Gdy mają „szczęście” ich druga połówka ginie w glorii na polu bitwy. Bywa jednak i tak, że na kobiece barki spada kolejny ciężar – depresja męża, który naoglądał się bezsensownego wojennego okrucieństwa i zamiast w chwale, powrócił do domu bez paru, dosyć niezbędnych, części ciała. Przeglądając internetowe fora ciągle spotykam się z wojennym zapałem pewnej określonej męskiej części społeczeństwa. Zastanawiam się, co myślą o tym ich kobiety? Matki, kochanki, siostry. Te, które musiałyby wziąć na swoje barki ciężar całego świata, gdyby ziściło się niemądre pragnienie tych mężczyzn – chłopców. Co myślą żony, gdy mężowie krzyczą o prawie do posiadania i używania broni palnej? Jak reagują na to ich matki? Siostry? Dumą? Spokojem? Naprawdę jestem ciekawa głosu tych, które skazane są na żałobny kir tymi wojennymi marzeniami swoich mężczyzn – chłopców.

Kobiety potrafią znieść naprawdę wiele. Jednak niezmiennie dziwi mnie to, jak wiele z nich ze stoickim spokojem znosi głupotę swoich mężczyzn. Tych niedojrzałych, zakompleksionych „wiecznych chłopców”, którzy z rzekomego braku możliwości ( a także pomysłu) na udowodnienie swojej męskości, chcą dowodzić jej na polu bitwy. A przecież są na to inne sposoby. Bardziej prozaiczne i zdecydowanie humanitarne. Mniej spektakularne, za to szalenie przekonujące, wiarygodne. Nikt nie musi z was, mężczyzn – chłopców, oddawać życia, żebyście poczuli, że macie „jaja”. Przykład? Zróbcie herbatę zmęczonej żonie. Pomasujcie spuchnięte stopy babci, która resztki swojego życiowego wigoru oddała pomagając w wychowaniu waszych pociech. Wyjdźcie na spacer z dzieckiem. Pomóżcie zniedołężniałemu sąsiadowi skosić trawnik. Zareagujcie, gdy ktoś obok was jest krzywdzony. Proste? Nie potrzebujecie do tego broni. Wystarczą Wam tylko „jaja”.

 
Komentarze (150)

Napisane w kategorii Proza zwykłych dni.

 

Był mi przeznaczony

11 maj

 

 

Nareszcie przyszła wiosna. Wieczorami żaby dają koncerty, których nie powstydziłaby się żadna filharmonia. Ptasie trele witają każdy nowy dzień. O zachodzie słońca dzieją się istne cuda. Zapachy przyprawiają o zawroty głowy, zaś ptasie chóry w idealnej symbiozie współgrają z tymi żabimi. Jest pięknie. Uroda wiosny niesie za sobą wiele tzw. „skutków ubocznych”. Do jednych z nich, najczęściej spotykanych, należy stan zakochania. Wszystko wokół nas rośnie, kwitnie, tętni nieujarzmionym pulsem istnienia, nic więc dziwnego, że i organizmy ludzkie również chcą wziąć udział w tych cyklicznych narodzinach życia. To wiosna właśnie wielu bardzo młodym ludziom przynosi tę PIERWSZĄ MIŁOŚĆ. Burza hormonów plus romantyczne zauroczenie – to jest prawdziwie wybuchowa mieszanka. Bywa, że emocje często sięgają zenitu…

 

- Ja się zabiję! Mówię ci – zabiję się!

- Daj spokój…

- Zabiję się i już!

Wieszczący swoje rychłe samounicestwienie dziewczęcy głos rozdarł ciszę majowej nocy.

- Zabiję się!

- Daj spokój, będzie dobrze, nie panikuj.

Pocieszycielka przyszłej samobójczyni zaśmiała się.

- Wiesz, ile razy już się przez niego zabijałaś?

- I co z tego? Teraz też się zabiję! Wtedy zobaczy, jak go kochałam i będzie mu w końcu głupio. I żal!

- Ty słyszysz samą siebie?

Zdeklarowana samobójczyni najwyraźniej usłyszała samą siebie, w wyniku czego powietrze wypełnił jej głośny, przyprawiony nutą histerii, chichot. Pocieszycielka okrasiła go swoim – delikatnym, brzęczącym, jak pęk małych, cynowych dzwoneczków – śmiechem.

- Nie śmiej się. JA TU CIERPIĘ!

Na krótką chwilę powróciła aksamitna, wiosenna cisza.

- Ile razy on do mnie wracał? Pięć? Sześć? Sama nie pamiętam, tyle tego było. Zawsze był tylko on. Od pierwszej klasy liceum. I zawsze to on odchodził. Wiesz, co teraz powiedział? Że matura powinna być dla nas najważniejsza. Że jego mama miała rację, i że on powinien od początku skupić się na nauce.

Zabrzmiał płacz, rozpaczliwe szlochanie, które dodatkowo wzbogaciła, nieprzystająca do dramatyzmu romantycznych dylematów, prozaiczna czkawka.

- Nie przejmuj się nim. W październiku poznasz kogoś nowego i zapomnisz. Wybrał naukę, a przecież nie musiał niczego wybierać. Nie jesteś bluszczem, mógł kuć pod okiem mamy, a potem spotykać się z tobą. Odpuść sobie, ja z Markiem…

- Ty z Markiem to inna historia! On zawsze jest z Tobą, kocha cię. A ja? Mniej kochana niż matematyka…

Bardzo głośny, emocjonalny dialog ucichł na parę minut. Od czasu do czasu do moich uszu docierało rozpaczliwe szlochanie. Siedziałam na kępie trawy, z głową psa na kolanach. Dziewczyny nie zwracały uwagi na moje bliskie sąsiedztwo. Najwyraźniej ich uczucia musiały, akurat w tamtym momencie, znaleźć zwerbalizowane ujście. Kto nigdy nie dał ponieść się emocjom w miejscu publicznym, ten niech pierwszy rzuci kamieniem, prawda? Serce nie sługa i „czasami człowiek musi, inaczej się udusi”.

- Odprowadzisz mnie?

- Jasne.

- Myślisz, ze do mnie napisze?

- Oby nie.

- No wiesz co???

Niedoszła samobójczyni wykrzyczała swoje oburzenie.

- Wiem co. Dlatego lepiej żeby ten kujon mamisynek już do ciebie nie napisał. Bo jak jeszcze raz usłyszę od Ciebie, że się przez niego zabijesz, to sama skoczę  z najbliższego mostu.

 

Odgłosy pokojowej sprzeczki dwóch dziewczyn powoli cichły. Mój pies, który dotąd co chwilę rzucał zaniepokojone spojrzenia w stronę dyskutujących głośno młodych kobiet, w końcu zamknął oczy, po czym natychmiastowo porządnie zachrapał. Cisza majowej nocy otuliła nas, jak jedwabny szal. Ach, ta wiosna, ten maj…

 

Parę dni po tym, jak zostałam zmuszona do biernego wysłuchania rozmowy dwóch, stojących na progu dorosłości, nieznajomych dziewczyn, poznałam kobietę, która na swoich szczupłych barkach dźwigała już dziewięćdziesiąt pięć wiosen. Przez wiele godzin opowiadała mi o swojej młodości. Gdy miała lat osiemnaście, wybuchła druga wojna światowa. Okres, który miał być przeznaczony na jej pierwsze lata życia małżeńskiego, wypełniły koszmary śnione na jawie. Wiele lat po zakończeniu drugiej wojny światowej i dla niej nastał w końcu czas miłości. Nieszczęścia, jakich była świadkiem starsza pani, mogły pozbawić ją rzeczy najważniejszych dla człowieka – rozumianej szeroko wiary, nadziei. Nie stało się tak, na szczęście. Gdy inna młoda kobieta zapytała mnie, czy w kwestii związku wierzę w przeznaczenie, a także o to, czy można oprzeć swoje całe życie, przyszłość na jednym, jedynym człowieku, bez zastanowienia i z głębokim przekonaniem odpowiedziałam krótko:

- Oczywiście, że tak.

Starsza pani, z widocznym wzruszeniem, poparła mnie, dodając:

- Mój mąż nie żyje już 42 lata. Nigdy nawet nie pomyślałam o innym. Liczył się tylko on. Był mi przeznaczony.

 

Jest maj. Miesiąc uznany za czas zakochanych. Miłość do dar. Cud, który ciągle się zdarza. Miłość nie przynosi cierpienia. Nie. Cierpienie to wynik naszych, ludzkich, zaniedbań. Miłość jest piękna. Przynosi nam uniesienia, daje spokój. Miłość to siła największa, jaką znam. Uwodzi młodych i starych. To nie ona łamie serca, to także wynik ludzkich zaniedbań. Tylko dla miłości warto żyć i tylko dzięki niej ludzkość potrafi przetrwać najgorsze piekło. Miłość jest nam przeznaczona. 

 

 

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Proza zwykłych dni.

 
 

  • RSS