RSS
 

Pomoc to wielkie szczęście

15 gru

 

 

 

Mrok otulił stado aut potulnie czekających na swoich udręczonych świąteczną gorączką ludzi. Zauważyłam go zanim wysiadłam z samochodu. Miękkie światło ulicznej latarni ukazało mi zmęczoną, niemal bez wiekową twarz.

- Kolejny sprzedawca wycieraczek.

Wymruczałam pod nosem z rezygnacją. Tamtego dnia na każdym parkingu nagabywał nas jakiś domorosły akwizytor z „profesjonalnymi, nowymi jak spod igły, wycieraczkami”.  

Po wyjściu z auta moją twarz przywitały drobne igiełki zimnego deszczu. Ze spuszczoną głową, skulona do granic możliwości, ruszyłam w stronę wejścia do marketu. Miękkie światło bijące od rozsuwanych, oszklonych drzwi, obiecywało ciepło. Za duża czapka opadła mi, jak zawsze, na oczy. Zignorowałam to – moje wiekowe i bezkonkurencyjne nakrycie głowy, rozciągnięte licznymi praniami, zapewniało głowie upragnione ciepło.

- Wspomoże mnie pani drobnymi?

Zadarłam głowę do góry, żeby zobaczyć pytającego. To był ten sam człowiek, którego dwie minuty temu wzięłam za kolejnego sprzedawcę „okazyjnych” wycieraczek do samochodowych szyb. Nieznajomy uznał mój gest zadzierania do góry twarzy za pytanie, gdyż pośpiesznie dodał:

- Dwa złote, tyle będzie dobrze. Na jedzenie.

Potrząsnęłam energicznie głową chcąc jednym ruchem odsłonić oczy spod za dużego okrycia głowy. Efekt był odwrotny od zamierzonego, dlatego z rezygnacją wyjęłam lewą dłoń z kieszeni płaszcza i zdjęłam czapkę.

- Właściwie to nie tak na jedzenie, jak na nocleg zbieram.

Nieznajomy dalej tłumaczył swoją prośbę o drobne.

- Nie. Proszę się nie tłumaczyć.

- Ale ja na pewno nie na alkohol…

- Proszę się nie tłumaczyć, błagam pana!

 

Nie potrafię odmówić „grosza” bezdomnemu. Wyjątki, które policzyłabym na palcach moich dłoni, potwierdzają tę regułę. Dlaczego? Żal mi człowieka, którego w całej marnej fizycznej odsłonie widzę przed sobą, gdy prosi o kilka złotych. Odmawiam sobie prawa do oceny moralnej nieznajomego żyjącego poniżej wszelkich współczesnych standardów, właściwie poza nimi. Nikt nie rodzi się po to, by żyć w takiej nędzy. Żadne dziecko nie marzy o tym, by – gdy już dorośnie – zostać kloszardem. Jaki splot życiowych niespodzianek i świadomych, ale w rezultacie pechowych decyzji sprawia, że tak wielu żyje w XXI wieku bez dachu nad swoja kruchą, ludzką głową? Nie wiem. Wiem, że moja babcia – świadek dwóch wojen światowych, strasznej, powojennej nędzy i absurdalnej obskurności komunizmu – zrobiłaby dokładnie to, co ja. Nie jestem taka, jak ona. Babcia w każdym człowieku widziała coś dobrego.

- Nie chodziłeś w jego butach, to nie krytykuj.

Takimi słowami lubiła gasić krytyczne zapędy innych ludzi. Pomagała drugim, sama mając tak niewiele. Babcia stoi przy mnie zawsze wtedy, gdy daję drobne bezdomnemu. W końcu sama tak często pomagała tym, o których – jak mówiła – „zapomniał sam Bóg”.

 

- Mam tylko złotówkę do koszyka sklepowego. Może kupię panu coś ciepłego do zjedzenia?

Bezdomny błysnął „czarnym” uśmiechem. W świetle marketu widziałam całą nędzę jego istnienia. Sprana kurtka z łatami, dziwne spodnie i olbrzymie, popękane buty. Nie czułam od niego alkoholu. To był jeszcze całkiem młody mężczyzna, góra może czterdzieści lat. Idąc obok mnie lekko utykał. Dla kogoś patrzącego z boku mogło wydawać się to „zataczaniem po spożyciu”.

- Ja pieniędzy bym nie przepił, naprawdę ale wolę ciepłe jedzenie.

Bezdomny rozgadał się. Przed moimi oczami rozwinęła się smutna, beznadziejnie przygnębiająca historia. Dowiedziałam się, że mężczyzna spędza jesienne dni na spaniu w toalecie dla niepełnosprawnych usytuowanej na pobliskim cmentarzu.

- Elegancko położę się pod kaloryferem, wysuszę kurtkę. Tylko na straż muszę uważać, dlatego śpię w przerwach, po dwie godziny, wychodzę i znowu wracam.

Gdy spytałam go o schronisko dla bezdomnych, zaśmiał się.

- Pani to się nie wstydzi człowieka, ale ja tydzień temu to sam bym tak nie szedł obok, bo wszy by na panią wlazły jak nic!

Opowiedział o insektach, które są zmorą schronisk. Ubranie z poprzedniego pobytu w schronisku wyrzucił, obecne dostał cztery dni temu od jakiejś starszej pani. Jako dowód swojej prawdomówności – „bo nikt takim, jak ja nie uwierzy na słowo” -pokazał nadgarstki pełne śladów ukąszeń wesz.

- Teraz to mam takiego kolegę. Dziesięć złotych mu daję i mogę spać na tapczanie całą noc. Czasami uzbieram, czasami nie. Jak mróz będzie, to muszę do schroniska iść, nie ma wyjścia.

Nie spytałam o pracę. Moim zdaniem nie mam do tego prawa. Nikt mnie nie zmusza do pomocy i nikt nie jest mi winien żadnych wyjaśnień. Gdy ucięłam ponowną próbę usprawiedliwiania się przede mną, nieznajomą, bezdomny nie krył zdziwienia.

- Bo ludzie to dadzą złotówkę ale zawsze pytają po co i mówią, o powinienem zrobić, żeby nie żebrać. Takie kazania słyszę dzień w dzień.

 

Mijaliśmy kolejne regały i ludzi, którzy w zdziwieniu patrzyli na nasz „duet” – obszarpany, brudny bezdomny z widocznymi brakami w uzębieniu i zadbana, współczesna kobieta  :-P Gdy podeszliśmy do stoiska ze skromnymi, ciepłymi daniami, bezdomny zamilkł. Gdy spytałam, na co ma ochotę, poprosił o małą porcję flaków. Kucharz o jowialnej twarzy pomógł mi i w końcu bezdomny usiadł przy skromnym stoliku. Zupa, kawałek mięsa – nic wielkiego. W kwestii napoju do posiłku znowu wspomogła mnie jowialność kucharza o otwartym sercu. Wielka butelka napoju lądująca w brudnych dłoniach zbudziła szczery uśmiech na ogorzałej od zimna twarzy. Gdy bezdomny zaczął jeść, podziękowałam kucharzowi za pomoc i odeszłam załatwiać swoje sprawy.

 

- Ale się rozgrzałem! A dobre było, palce lizać!

Stałam przy półce z kawą, gdy podszedł „mój” bezdomny. Metr ode mnie młoda para pracowników marketu układała towar na półkach. Patrzyli na mnie ze zdziwieniem, gdy przez chwilę wymieniałam zdawkowe uprzejmości z obdartym nieznajomym. Ten zaś, na do widzenia, rzucił:

-Dziękuje, że potraktowała mnie pani, jak człowieka.

Odszedł z wyprostowanymi plecami, lekko utykając, a mnie stać było tylko na dwa słowa z trudem wydobyte z zaciśniętego gardła:

- Wszystkiego dobrego.

Odwróciłam twarz od znikającego obcego i napotkałam wzrok młodego chłopaka i dziewczyny od układania towaru. Nie mieli już na twarzach wymalowanego zdziwienia. Uśmiechali się do mnie.

 

Święta już za chwilę. Pomagajmy. Wiem, że nie sposób zbawić całego świata. Wielka szkoda, ale nie da się. Pomagajmy i nie oceniajmy. Dając kilka złotych nie kupujemy sobie prawa do głoszenia kazania umoralniającego jakiegoś nieszczęśnika. Nie mielibyśmy do tego prawa nawet za całe złoto świata! Nie opisałam swojego spotkania z bezdomnym bez powodu. Nie zrobiłam tego po to, żeby pochwalić się swoją dobrocią. Jak już wspomniałam wyżej – nie jestem taka, jak moja babcia, która w każdym człowieku widziała dobro. Jest we mnie tyle dobra, co zła. Opisałam swoje spotkanie z nieznajomym między innymi po to, aby powiedzieć, że pomagając drugiemu człowiekowi nie kupujemy sobie prawa do jego umoralniania. Ta jest uniwersalna zasada dotycząca KAŻDEJ pomocy.

 

Empatia to płomień, który raz rozpalony, nigdy nie gaśnie. Tłumaczę to czasami tym, którzy – co jest częste w tym okresie przedświątecznym – drwią z troski innych o los udręczonych karpi. Dlaczego tak trudno zrozumieć, że empatia obejmuje zarówno karpia, jak i chore dzieci, czy porzucone psy? Empatii nie sposób wyłączyć. To wrażliwość na otaczający nas świat, na ocean niesprawiedliwości i cierpień, jakie spotykamy na swojej drodze. Jeżeli mamy wielkie szczęście, to my jesteśmy pomagającymi. Jednak szczęście ma to do siebie, że może nagle wymknąć nam się z dłoni. Zniknąć. Wtedy to my będziemy potrzebować pomocy. To my będziemy wdzięczni za to, że możemy ogrzać się w cieple czyjejś bezinteresownej empatii. Zwierzęta są bezbronne, wobec nich zawsze musimy stać na stanowisku opiekunów i obrońców, z ludźmi sprawa wygląda już inaczej. „Raz na wozie, raz pod wozem” – znacie to, prawda? Dzisiaj pomagam ja, jutro…  Kto wie?

Nikt z nas nie jest w pełni panem swojego życia. Lubimy tak o sobie myśleć, to prawda, jednak życie udowadnia nam, że tak nie jest. Od czasu do czasu tracimy panowanie nad własnym losem. Ta reguła dotyczy wszystkich ludzi. Dlatego warto mieć świadomość, że możliwość pomagania innym to nasze wielkie, naprawdę wielkie szczęście. 

 

 
Komentarze (7)

Napisane przez w kategorii Proza zwykłych dni.

 

Tags: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~PKanalia

    6 stycznia 2018 o 15:08

    postrzegam coś niezdrowego w sytuacji, gdy ktoś wręczając datek wciska przy okazji „załącznik” w postaci zbędnej gadaniny… to chyba nie jest trudno pojąć, że skoro taki ptyś prosi o drobne, to znaczy, że potrzebuje DROBNYCH, a nie durnych morałów, czy jakichś tam innych „nauk cioci Kloci”… pomagać nikt nie musi, ale skoro decydujemy się pomóc, to najsensowniej jest dać mu te drobne i nie wnikać, na co on je wyda… głupim gadaniem sprawiamy mu tylko zbędną przykrość… do bani z taką pomocą, jeśli miałaby polegać na gnojeniu kogoś, kto o nią prosi…

    oczywiście nie należy tego mylić z życzliwym zainteresowaniem… jeśli gość prosi nas o drobne, a my widzimy, że dzwoni z zimna zębami, to fajna akcją jest go przy okazji zapytać, czy nie chciałby np. kurtki, która kisi się u nas w szafie nienoszona od roku…

    nie mylmy też owych morałów ze zwykłym, ludzkim pogadaniem… o to akurat tacy ludzie nigdy nie proszą, choć wiadomo, że często potrzebują tego równie mocno, jak drobnych…

    pozdrawiać jzns :)…

     
  2. ~Margo

    26 grudnia 2017 o 15:08

    Piękny mądry tekst. W pełni się z Tobą zgadzam, choć jest we mnie jakaś wewnętrzna przekora że nie każdy bezdomny może liczyć na moje wsparcie. Na prośbę jednych odruchowo sięgam do portfela, innym odmawiam (bywa że potem żałuję). Nie wiem. Może to instynkt podpowiada mi komu pomóc a kto wybierając ten tryb życia poszedł na „łatwiznę”. Był czas, że sama przeszłam wielką biedę ale nigdy nie wyszłam na ulicę wyciągnąć do ludzi rękę po grosz.

     
    • ~be

      27 grudnia 2017 o 09:49

      Witaj Margot :) :) :)
      Tez mam podobne odczucia i wiem ze tak naprawdę większość gra na uczuciu współczucia.
      i zawsze mam dylemat. I zawsze potem to ja się źle czuje gdy dam i gdy nie dam …bo zastanawiam się czy dobrze. Bo albo dałam się nabrać i utrwalam sposób na życie a z drugiej strony nie wiem czy rzeczywiście tym razem ktoś naprawdę potrzebował a ja nie dałam.
      Pozdrawiam Cię serdecznie

       
      • ~Ania

        27 grudnia 2017 o 20:44

        też nie wiem i też opieram się na przeczuciu,raz dałam biednej kobiecie kasę, płakała że na buty dla dziecka,a za kwadrans piła z butli wódkę na ławce przy przystanku.Dalam się nabrać na stówę.

         
  3. ~be

    17 grudnia 2017 o 16:10

    Na ile mogę pomagam. Ale miałam też zabawna historie gdzie to ja otrzymałam od bezdomnego za rozmowę z nim bułki. Takie zwyczajne bułeczki ze sklepu…nie wiem czy aż tak wyglądałam na wychudzoną :) :) mam nadzieję, że nie. Opowiedział ciekawe historie i uradowany wręczył mi siatkę z bułkami. Bywa i tak. :) :)
    Marzenko niech ten czas świąteczny będzie upływał spokojnie i radośnie. Niech zapach lasu miesza się z pierniki em i niech wygląda z każdego rogu miłość.

     
  4. ~Kira

    16 grudnia 2017 o 00:48

    Witaj, Marzeno.

    Podziwiam szlachetne, empatyczne osoby, wrażliwe na zło dotykające ludzi, a niekiedy i naszych „niemych” braci (których, przyznaję, zjadam w dużych ilościach).

    Co do umoralniania, to w 90 % przyznaję Ci rację. Jednak czasami wypadałoby COŚ powiedzieć, choćby po to, żeby człowiek się bardziej nie stoczył.

    Wesołych Świąt!

     
    • ~Marzena

      16 grudnia 2017 o 17:43

      @Kiro, jak miło, że zajrzałaś :) Z pewnością jestem empatyczna (posiadaczka baaardzo cienkiej „skóry”), jednak co do szlachetności – to dla mnie za duże słowo. Oprócz bieli i czerni mnóstwo we mnie ocieni szarości. Szlachetny może być jakiś czyn ale czy sam człowiek, taki z krwi i kości? Wątpię. Oprócz mojej babci, oczywiście :)

      Dziękuję za życzenia. Wiesz co, rzeczywiście śmiech (wesołość) jest u mnie ostatnimi latami, a szczególnie w tym roku, towarem deficytowym, więc zwyczajowe: „wesołych” w tym roku jest jednym z najbardziej trafionych życzeń pod moim adresem :)

       
 

  • RSS